- Trang Chủ
- Blogs
Blogs
Cielęcina w pięciu smakach i kapitalizm z ludzką twarzą
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 18.09.08
Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część V
Czy pamiętacie państwo jak wyglądał plac Konstytucji 10 lat temu? Ja nie bardzo mogę wyobrazić jak wyglądał, ale pamiętam, że wyglądał trochę inaczej. Nie pamiętam gdzie stał
kiosk gastronomiczny z jedzeniem wietnamskim, z nazwą popularnego kwiata Wietnamie. Należał do Polaka, który zatrudnił kucharza zawodowego prosto z Wietnamu. Znałem tego kucharza, bo jak miał wolny dzień od pracy to przyjeżdżał do restauracji wietnamskiej na Ochocie, do swojego znajomego, też kucharza, którego pomocnikiem byłem ja. Kucharz z placu Konstytucji był naprawdę sumienny, wymagający, dbający o szczegóły. Nic dziwnego, że klienci tłumnie przychodzili do kiosku, w którym pracował. Jego pracodawca był wobec niego bardzo życzliwy, wynajmował całe mieszkanie dla niego, dobrze płacił, ściągnął później do Polski i jego żonę. Kilka lat później kiedy zaczęto likwidować handel na placu Konstytucji, Polak- właściciel baru ulicznego, przeniósł interes do hipermarketu na Bemowie. Mój znajomy kucharz poszedł za nim, do nowego miejsca pracy, tym razem jako wspólnik swojego dotychczasowego pracodawcy.
Na placu Konstytucji pewna wietnamska pszczelarka miała aż kilkanaście takich kiosków! Już w tych latach zdążyła przyprowadzić do Polski i swoje rodzone rodzeństwo i braci stryjecznych i siostry cioteczne. I siostrzeńcy i bratańcy, całe mnóstwo rodzinnych koneksji pracowali na placu Konstytucji. Owszem, jak przyjechali do Polski to niczego nie mieli oprócz chęci pracy i zarobienia jak najwięcej ilości pieniędzy. Na początku pracowali dla pani Ngoc, niekiedy na dwie zmiany i siedem dni w tygodniu. Po jakimś czasie jak już zgromadzili trochę pieniędzy, jakąś sumkę zaoszczędzili, zdobywali doświadczenia a chcieli prowadzić własny interes to i przestali być zatrudnieni u krewnych. Odnajmowali kioski od krewnej, albo kupili gdzieindziej małą budkę i zaczęli pracę na własny rachunek.
Kucharz z kiosku na placu Unii Lubelskiej był jednym z takich osób. Tak dbał o swój własny interes, że recenzent kulinarny Gazety Wyborczej, pan Piotr Bikont dostrzegł efekt jego pracy, docenił jego wysiłek. Dania z tego kiosku dostały pochlebne oceny i niepozorny kiosk gastronomiczny na placu Unii Lubelskiej miewał nieprawdopodobne obroty! Od pomocnika kucharza do właściciela restauracji to jak pucybut amerykański stał się milionerem. Niestety nie jest to reguła, zwłaszcza w moim przypadku.
W roku 1995 przyjechawszy z Krakowa do stolicy zacząłem pracę jako kierownik restauracji przy ul. Broniewskiego. Jednym z dwóch właścicieli tej restauracji był były kucharz restauracji Bong Sen przy ulicy Poznańskiej, pierwszej restauracji wietnamskiej, powstającej w drugiej połowie lat 80-tych. Były kucharz bywał właścicielem restauracji czyli szefował, ale często też pracował w kuchni. Zajmował się także szkoleniem nowo przyjeżdżających do Polski kucharzy. W odróżnieniu od barów ulicznych, co poważniejsze restauracje w tych latach przyprowadziły zawodowych kucharzy z Wietnamu. Wówczas można było stosunkowo łatwo dostać wizę z prawem do pracy do Polski. Poznałem kilkunastu z nich. Początkowo pracowali bardzo ciężko, po 12 godzin dziennie, prawie siedem dni w tygodniu. Owszem wynagrodzenie ich było stosunkowe wysokie. I całość mogli odłożyć, bo pracując prawie na okrągło w restauracji na nic nie musieli wydać. Oczywiście wysyłali pieniędzy do kraju aby pomóc rodzinie. Większość jednak marzyła o ściągnięciu rodziny do Polski i otworzeniu własnego baru. Po roku lub dwóch zazwyczaj mogli już myśleć o własnym interesie. Więc powstały nowe bary, nowe budki gastronomiczne, coraz dalej od placu Konstytucji, coraz dalej od centrum Warszawy…
Krach nastąpił w 2003 roku, po słynnym skandalu z psim mięsem i niesprawiedliwej nagonce w mediach polskich. Niestety Wietnamczycy nie mogli wytoczyć mediom proces jak w Ameryce, gdyby takowa rzecz tam miała miejsce. Większość moich znajomych kucharzy zamknęła swoje bary i powyjeżdżała do Wietnamu. Jednak po dziś dzień można spotkać w Warszawie i w innych miastach właścicieli restauracji, którzy w latach 90-tych przyjechali do Polski jako kucharz.
Pszczelarka z Placu Konstytucji w dalszym ciągu prowadzi lokale gastronomiczne i to całkiem niedaleko placu. Jedno tu, drugi tam. Pojechała specjalnie do Wietnamu, aby znaleźć wybrańca swojego serca. Ich dzieci, tutaj się urodziły, chodzą do francuskiej szkoły w Warszawie. Skandal z psim mięsem na Stadionie Dziesięciolecia niemal nie doprowadził ich do bankructwa. Mieli trudności z płaceniem czesnego. Myśleli o wysyłaniu dzieci do Wietnamu. Ale powoli, cierpliwie odbudowali swoje „imperium” gastronomiczne. Owszem to nie są ekskluzywne lokale na mapie kulinarnej Warszawy, ale mają wiernych klientów, ceniących proste, dobre ale niedrogie jedzenie. Ot takie wietnamskie bary mleczne.
CDN: Ja, Polak beznadziejny!
*****
Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny
Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce
Część III: Pierwszymi bohaterami Wietnamu były kobiety
Część IV: Wyzysk, Indeksacja i PKW
Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.
Wyzysk, Indeksacja i KPW
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 15.09.08
Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część IV
Wyzysk pracodawcy i nauczka KPW
Część III można tutaj poczytać
Rok 1989. Jakże znaczący, nie tylko dla historii Polski ale także dla pewnego prywatnego przedsiębiorcy z Łodzi. To on ściągnął ponad setkę wietnamskich krawcowych wraz z tłumaczem do Polski do pracy (w dobrej wierze i z nadzieją!). Nie wiedział i nie mógł wiedzieć, jak te drobne Azjatki zmienią polski krajobraz! I taka dotkliwa nauczka! (Z pespektywy czasu oczywiście, a później wyjaśnię szerzej). Może tak może i nie, ale czasy nie sprzyjały polskiemu młodemu kapitaliście specjalizującemu w przemyśle odzieżowym. Szczegółową analizę pozostawiam historykom, ekonomistom zajmującym się najnowszym dziełem Polski, jej transformacją ustrojową i gospodarczą. Ja przypominam tylko o szalejącej inflacji w latach 90. oraz o tym, że w roku 1990 prawdopodobnie mieliśmy w Polsce już wolną prasę.
Na pewno wolno było redaktorom z czasopisma „Veto” zatytułować swój artykuł bardzo sensacyjnym zdaniem. Ot np. „ Krawcowe z Wietnamu pracują i mieszkają jak niewolnice”. To nie są cytaty dokładne z tego artykułu, po prostu nie pamiętam. I o ile pamięć mi się nie myli, to był tygodnik wychodzący z Łodzi, ponoć był to Tygodnik Każdego Konsumenta.
A pracowały nasze krawcowe ponoć bardzo ciężko, mieszkały w ciasnocie, w domu otoczonym wysokimi murami i nie wolno im po pracy nigdzie wychodzić. Tak podobno było, ale co najważniejsze, pensje miały głodowe, nie nadążały za szalejącą inflacją.
Oto indeksacja. W latach 90-tych szalała w Polsce inflacja. Ostatnie moje stypendium studenckie, które dostałem w dniu 20 września 1990 roku, wynosiło 868.200 zł! Czy prywatny pracodawca z Łodzi zastosował indeksację także wobec naszych krawcowych?
Mój młodszy kolega z wydziału Okrętowego Politechniki Szczecińskiej czym prędzej przetłumaczył artykuł na wietnamski. I czym prędzej wysyłał do Wietnamu, do redakcji Sztandaru Młodych, no przepraszam, do Tiền Phong’a, organu Komunistycznego Związku Młodzieży Wietnamskiej, więc jakby odpowiednika Sztandaru Młodych.
A tam czekano tylko na takie sensacje z tej Polski Kapitalistycznej! Przetłumaczony artykuł został szybko wydrukowany i nie trudno wyobrazić jak Nowi Ludzie Socjalizmu wietnamskiego reagowali na dziki polski kapitalizm, kapitalizm bez ludzkiej twarzy!
Towarzysze z Komunistycznej Partii Wietnamu- partii robotników i inteligencji pracującej- czym prędzej wysyłali delegację do Polski, aby rozliczyła się z polskim kapitalizmem. Aby sprawdziła w jakich warunkach żyją i pracują nasze wietnamskie kobiety w tej już niesocjalistycznej Polsce. Lud pracujący, zwłaszcza kobiety, mają swoje prawa, szanowny obywatelu Łodzianinie!, krzyczeli głośno jeszcze w Wietnamie…
Nie wiem czy udało się naszym towarzyszom wygłosić wyższość socjalizmu nad kapitalizmem naszemu biednemu polskiemu przedsiębiorcy, stojącemu na krawędzi bankructwa. Nie chcę dociekać. Nie wiem też czy nasi delegaci nie rozeszli się w różnych częściach kraju między Bugiem a Odrą i Nysą, jak większość ich rodaków w tym czasie. Wiem tylko jedno, nasze dzielne i obrotne krawcowe zdecydowały wziąć sprawę w swoje ręce. Jadąc do Krynicy Morskiej na wakacje widziałem dwie z nich, stojące przed budynkiem dworcu w Gdańsku. Sprzedawały różne bluzki i podomki z dużym haftowanym smokiem. Nie był to smok wawelski…
A czasy były ciekawe, rynek zbytu był nienasycony, wchłaniający wszystko. Można było pohandlować byle czymś, wykupywali wszystko, co tylko miałeś do oferowania. I to całkiem za przyzwoitą ceną! Klienci byli życzliwi dla skośnookich sprzedawców. Przez dłuższy czas jedyną opłatą, którą trzeba było zapłacić to opłata targowa, która trafiła do kasy samorządów lokalnych bądź, jak nie było tych samorządów, to do kas różnych instytucji, spółki i osób zarządzających bazarem, placem handlowym. Nie oszukujmy się, tak samo dotyczyło rdzennych kupców, mających zarejestrowaną działalność lub nie, i wszystkich słowiańskich braci i sióstr zza granicy wschodniej…
Więc nasze bohaterki szybko stanęły na nogach, odkładali co nieco złotówki, pozmieniały na dolary w kantorach, nawet u Grobelnego! Ściągnęły do Polski swoich mężów bądź wyszły za mąż za różnych dżentelmenów wietnamskich w Polsce, będących jak dotąd kawalerami, z definicji. A plac targowy zawsze był pojemny, było miejsce dla mnie to starczy i miejsce dla ciebie, bracie! Im więcej kupców, tym więcej opłat targowych, a więc handluj, kto może! Tym bardziej, że pracownicy firm zarządzających placem targowym, bazarem zawsze wymyślali sposób na wyciągnięcie dodatkowych opłat od skośnookich kupców. A to za szczęki, a to za stolik składany, a to za dodatkową siatkę reklamującą majtki i staniki! Nic dziwnego, już prawie reguła:- skośne oko konia tuczy…
Interes rodzinny kwitnął na potęgę. Już nie tylko jedno stoisko, nie jeden bazar. Już nie detal, ale hurt. Już nie tylko sprzedawcy bezpośredni, ale importerze. Importerze odzieży z Wietnamu, z Chin, Tajlandii. Raptem, 5 czy 10 lat po obecności naszych krawcowych w Łodzi zewsząd słychać, że import odzieży z Dalekiego Wschodu doprowadził do bankructwa całego przemysłu odzieżowego, dziewiarskiego i włókienniczego w Łodzi. Proszę państwa, nic prostszego, po prostu zemsta wietnamskich krawcowych po latach!
I raptem 14, 15 lat po Okrągłym Stole, w 2003 roku odbyły się co najmniej dwie obławy na handlarzy wietnamskich i ich towary na bazarze w okolicy Stadionu Dziesięciolecia, zorganizowane przez kilka służb polskich: urząd skarbowy, straż graniczny, urząd celny. Mnóstwo naszych krawcowych i ich rodzin straciło majątek. Handel, legalny czy nielegalny, jak pracownicy urzędu skarbowego zaczną liczyć sztukę po sztuce to prędko wyrzuć wszystko, bracie!, i uciekaj, jak oczy wybrał, razem z całą resztą! Kupcy- tubylcy czynili tak samo…
Dokonujący obławę funkcjonariusze poinformowali dziennikarzy, że mieli nakaz wydany przez Prokuraturę Łódzką, na żądanie i zgłoszenie łódzkich biznesmenów. Oko za oko, ząb za ząb, zemsta po zemście, tak w kółko Macieju! I wszystko za sprawą figlarnych wietnamskich krawcowych, które przyjechały pewnego dnia do Łodzi…
CDN
*****
Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny
Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce
Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.
Handel to życie. Phi thương bất phú
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 11.09.08
Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część III
Pierwszymi bohaterami historii Wietnamu były kobiety
Na przygotowawczym kursie języka polskiego w Hanoi, kiedy zobaczyliśmy zeszyt i hasło wspomniane na początku tego tekstu, niektórzy z nas próbowali wytłumaczyć naszej nauczycielce, że mamy powiedzenie po wietnamsku o zbliżonym sensie:- „Phi thương bất phú”(bez handlu nie ma bogactwa, bez handlu człowiek nie będzie bogaty).
Nie można tym wytłumaczyć powszechnego kojarzenia teraz Wietnamczyków w Polsce z drobnymi kupcami na bazach, niemniej faktem jest, że gdy trzeba było utrzymywać się samodzielnie po kilku latach studenckiego życia bez trosk, handel był najłatwiejszym sposobem zarobkowania.
Jako stypendyści rządu PRL mieliśmy akademik za darmo, rolkę (albo nie) papieru toaletowego za darmo (raz w miesiącu przy wymianie pościeli). Ale przede wszystkim mieliśmy miesięczne stypendium w wysokości dwóch trzecich miesięcznego wynagrodzenia asystenta wykładowcy. Ostatnie moje stypendium studenckie, które otrzymałem w dniu 20.09.1990 r. wynosiło, w co trudno uwierzyć, 868.200 złotych! Studiować nie umierać! Komuno wróć! Nie wydawałem wszystkich pieniędzy z tego ostatniego stypendium. Po dziś dzień z tej sumy ciągle mam 200 zł. Zapewne przeznaczyłem to na czarną godzinę!

Handel to życie. Jak widać pod koniec lat 80. bywały gdzie indziej kolorowe jarmarki, a nie tam w stolicy Jarmark Europa. Ảnh: Ngô Đăng Quang
Ostatnie moje studenckie stypendium 868.200 zł. Zostawiłem 200 zł na czarną godzinę. Ảnh: Ngô Đăng Quang
Motywacji do pracy zarobkowej nigdy nam nie brakowało. Niektórzy z nas (zwłaszcza doktoranci) mieli już żonę i dzieci w Witenamie, a prawie wszyscy musieliśmy pomagać rodzinom: rodzicom, rodzeństwu, nawet dalszej rodzinie w Wietnamie. Takie były czasy i taka była mentalność. Studiujesz, bywasz zagranicę to twoim obowiązkiem jest pomagać wszystkim, którzy nie mają takie szczęścia co ty.
Jednak mi, biednemu studentowi ale panu, nie tak łatwo podjąć taką pracę kupca czy handlarza obwoźnego. Moim kolegom też nie było lżej. Poczucie wstydu, skrępowania, staczania na niewłaściwą drorogę kariery na długo towarzyszyło nam podczas wypadów na wiejskie, małomiasteczkowe bazary czy place targowe w mieście. Na pewno my studenci nie byliśmy najlepszymi kupcami i na pewno nie byliśmy pionierami, którzy podjęli trud handlowania na bazarze, na chodniku, na ulicy, w przejściu podziemnym- gdziekolwiek, byle tylko kręciła się dookoła duża liczba przechodniów i ludności rdzennych!
Pierwszymi Wietnamczykami, którzy łamali taką barierę psychologiczną, przezwyciężyli poczucie wstydu, aby stać w miejscach publicznych i sprzedawać bluzki haftowane, podomki, szlafroki i inne drobiazgi, były wietnamskie krawcowe, które przyjechały do Łodzi do pracy na zaproszenie prywatnego przedsiębiorcy.
Mało kto zaprzecza zasługi naszych dzielnych krawcowych w tworzeniu, zdobywaniu wolnego rynku handlu detalicznego w Polsce. Na licznych imprezach okolicznościowych np. z okazji okrągłej rocznicy pobytu w Polsce, czy środowiskowych typu Naszej Klasy, które jak dobrze jestem poinformowany, nie wiedzieć czemu często odbywają się w warszawskiej Oberży pod Czerwonym Wieprzem, ze ścian której Mark, Engels i Lenin patrzą na konsumentów dostojnym spojrzeniem i z dobrotliwym, ale nieco ironicznym uśmiechem, nasi rodacy rzewnie i nostalgicznie wspominają taki początek prawdziwego kapitalizmu polskiego i siłę przebicia naszych drobnych rodaczek w wolnorynkowej gospodarce w Polskiej Rzeczypospolitej już nie Ludowej.
CDN
*****
Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny
Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce
Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.
Prawdziwy początek społeczności Wietnamskiej w Polsce
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 08.09.08
Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część II
Małżeństwa mieszane wietnamsko-polskie dały pewien początek społeczności wietnamskiej w Polsce. Zarobki Wietnamczyków, niezależnie od tego, jak było ciężkie życie i jakiego charakteru była wykonywana przez nich praca (fizyczna czy umysłowa) wystarczały, żeby sprostać podstawowym wymaganiom rodziny w realiach społeczno-kulturalnych tamtej Polski. Nieliczne mieszane małżeństwa wyemigrowały na Zachód. Możliwe, że tam ich praca przynosiła lepsze efekty. Większość została jednak w Polsce. Wpadali w rytm życia przeciętnej rodziny polskiej, z pewną tylko dozą egzotyczności. Dzieci ich były (i są) Polakami z krwi i kości, mało znają kulturę wietnamską i w ogóle nie posługują się językiem wietnamskim.
Małżeństwa wietnamsko-polskie dały początek wietnamskiej społeczności w Polsce. Ảnh: Ngô Đăng Quang
W drugiej połowy lat 80-tych ubiegłego wieku, wraz z rozwojem sytuacji polityczno- opozycyjnej w Polsce regulamin ustawiony przez odpowiednie organy ambasady wietnamskiej wobec studentów i absolwentów był mniej restrykcyjny. Lub i nie trzeba było przestrzegać go jak kiedyś. Można było wziąć urlop dziekański (bez ryzyka wyrzucenia z studiów przez władzę wietnamską), aby pracować, lub chociażby podróżować do innych krajów bratnich, tam gdzie niekiedy koledzy ze szkoły studiowali. (A podróż połączona z drobnym handlem międzynarodowym- choćby w strefie rublowej- nie była wyłącznie domeną turystów polskich!).
I wyniki w nauce nie były takie ważne, nie żądano już, aby studenci uzyskali tylko wyniki dobre albo bardzo dobre. Po studiach można było pozostać przez jakiś czas w Polsce; jeśli jakikolwiek zakład (wówczas tylko państwowy) zgodził się zatrudnić to absolwenci wietnamscy mogli podjąć pracę. Taka grupa inżynierów wietnamskich pracowała w stoczniach szczecińskich i Trójmiasta, na Śląsku w kopalniach. Oczywiście, w dalszym ciągu, jak dawniej ci, którzy uzyskali bardzo lub tylko dobre wyniki w nauce i na obronie pracy dyplomowej mogli pozostać na uczelni, aby pracować i napisać pracę doktorską.
W tych latach też została zawarta duża (największa stosunkowo do ogółu liczby Wietnamczyków obecnych w Polsce) liczba małżeństw polsko-wietnamskich.
W tych latach była też pewna, nieduża ale warta podkreślenia, grupa studentów wietnamskich, która przerywała studia z własnej woli lub z powodu wyrzucenia przez ambasadę wietnamską (niekoniecznie z powodu osiągania słabych wyników w nauce). Praca dorywcza lub drobny handel (spekulacyjny jak w tamtych czasach się mówiło) były dość powszechne wśród nich. I można powiedzieć, że stanowiła ona pierwszą grupą nielegalnych imigrantów wietnamskich, nieściganą ani przez władzę polską ani wietnamską. Wcześniej było to niemożliwe, władza wietnamska (w ambasadzie) własną siłą lub za pomocą władzy polskiej zmusiła ich do powrotu do kraju. (Prawie wszyscy z tej grupy zalegalizowali swój pobyt na początku lat 90-tych).
Pod koniec lat 80-tych nikt z studentów wietnamskich nie myślał o powrocie do kraju. W każdym razie osoby wyjeżdżające do Wietnamu po studiach z każdego roku akademickiego można było liczyć na palcach jednej ręki. (A na jednym roku akademickim przebywało wówczas około 40 studentów i aspirantów- doktorantów w całej Polsce).
W roku 1989, przyjechała do Polski, do Łodzi grupa około 150 krawcowych wietnamskich, do pracy w prywatnej firmie. I na przełomie dekady 80-90 legalnie przyjechała do Polski pewna grupa dziewcząt i chłopców wietnamskich na naukę zawodu pszczelarza. Warto o tych grupach wspomnieć min. z tego powodu, że dziewczyny z tych grup dały możliwości zawarcia małżeństw wietnamsko-wietnamskich i założenia rodzin wietnamskich w Polsce! Po prostu wcześniej przez dłuższy czas nie było studentek i panien wietnamskich w Polsce…(Studentki? Po co? Znowu wyjdą za mąż za Polaka!).
W tych latach przyjechała też do Polski legalnie grupa około 40 robotników:- konserwatorów, rekonstruktorów zabytków- udoskonalających swój fach w Lublinie. To oni zbudowali replikę Chùa Một Cột- Pagody na Jednym Palu- na dziedzińcu muzeum Azji i Pacyfiku na Solcu.
Prawie wszyscy tutaj wymienieni: studenci, doktoranci, krawcowe i robotnicy nie chcieli wrócić do Wietnamu. Czy można im się dziwić? Raczej nie, w Polsce i nie tylko, nastała właśnie Jesień Ludów, i Polacy, i my, Wietnamczycy w Polsce, mieliśmy wolność we wszystkim. Ściślej mówiąc, prawie we wszystkim… A to już bardzo dużo!
CDN
*****
Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Część I
Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.
H jak Historia. Nie całkiem osobista
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 04.09.08
Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista
W latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku przed wyjazdem do Polski wietnamscy studenci- stypendyści rządu PRL-u przez rok akademicki uczyli się języka polskiego w Wyższej Szkole Języków Obcych w Thanh Xuan, miejscowość znajdująca się wówczas pod Hanoi-em (dziś jest to juz dzielnica miasta).
Oprócz lektorzy wietnamskich uczyła nas języka polskiego lektorka z Polski. Nasza pani od polskiego miała zeszyt z Polski, na okładce którego drukowany był pewien napis, który mam- mi się wydaje- ciągle przed oczami. Napis był bardzo prosty, więc nie mieliśmy trudności z jego zrozumieniem i zapamiętywaniem. „HANDEL TO ŻYCIE”, napis złożony był zaledwie z trzech słów.
![]()

HANDEL TO ŻYCIE, ostatnia transakcja w Dziesięcioleciu. Ảnh: Ngô Đăng Quang
To był bardzo znamienny, dużo znaczący napis dla nas, młodych obywateli społeczeństwa socjalistycznego, świeżo upieczonych maturzystów. Albowiem handel wówczas u nas to monopol państwowy, nieliczni prywatni kupcy byli traktowani jak spekulanci i potencjalni przestępcy gospodarczy, niemile widziany zawód… I nie wiedzieliśmy lub co najmniej ja nie wiedziałem, że to właśnie w handlu miałem znaleźc zatrudnnienie bezpośrednio po studiach w Polsce. Ale po kolej.
Początki wietnamsko-polskie- od lat.50 do 90. XX wieku
Wietnam i Polska nawiązała stosunek dyplomatyczny w roku 1950. Kilka lat później pierwsi studenci wietnamscy przyjechali do Polski na studia. W latach 60-tych to nie tylko studenci (w tym także wojskowi), a także młodzi robotnicy wietnamscy zdobywali zawód w Polsce, w przemyśle okrętowym, maszynowym i chemicznym. Generalnie jednak można pisać, że nie było wietnamskich gastarbeiterów- jak w latach 80-tych określano- w Polsce, w odróżnieniu od innych krajów demoludów w bloku socjalistycznym.
Mimo zakazów, nakazów i mnóstwa rygorystycznych regulaminów dotyczących studiów i warunków zamieszkiwania, zachowania się w Polsce, ustanowionych przez wydział edukacji w Ambasadzie Wietnamskiej dla studentów i zdobywających zawody robotników pierwsze małżeństwa polsko-wietnamskie zostały zawarte już w latach 50 i 60-tych. I sądzę, że małżonkowie wietnamscy z tych małżeństw jako pierwsi musieli znaleźć i podjąć pracę, aby zarobic na życie w Polsce. (Oczywiście nie licząc tymczasowe, sezonowe, okazyjne czy letnie prace wietnamskich studentów w studenckich spółdzielniach pracy).

Praca nie hańbi. Jedną z możliwości podjęcia pracy przez studentów wietnamskich było zarejestrowanie się w studenckiej spółdzielni pracy. Foto: Książeczka pracy. Ngô Đăng Quang
Pewien mój rodak do późnych lat 80-tych pracował jako motorniczy w Trójmieście. Inna moja rodaczka po studiach pracowała jako operatorka urządzeń i sprzętów medycznych w szpitalu. Razem z mężem- wykładowcą Akademii Rolniczej w Szczecinie wraz z dwójką dzieci na początku lat 90-tych mieszkali jeszcze w hotelu akademickim w bardzo skromnych warunkach. W latach 1990-1992 musiała dorabiać jako kelnerka w pierwszej wietnamskiej restauracji w Szczecinie, należącej do mojego obrotnego kolegi z wydziału okrętowego Politechniki Szczecińskiej…Pewna grupa wietnamskich inżynierów długo, długo pracowała pod ziemią na Śląsku.
W roku akademickim 1983-1984, kiedy się uczyłem języka polskiego w Łodzi, pan Truong Anh Tuan, późniejszy długoletni prezes Towarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Wietnamczyków w Polsce, skończywszy studia i ożeniwszy się z Polką, musiał szukać pracy w Łodzi. Aby oszczędzić pieniądze waletował kilka miesięcy u nas w domu studenckim przy ulicy Rodzeństwa Fibaków, w miasteczku studenckim należącym do Uniwersytetu Łódzkiego. I chyba w tamtych czasach, kto chciał to znalazł pracę. I pracował, bowiem podobno nie było bezrobotnych w PRL-u!
CDN
*****
Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiazce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Điện ảnh Mười vị
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 28.08.08
Trong các ngày 2-5 tháng Mười tại Vácxava ở các rạp Muranów và Kinoteka sẽ diễn ra Liên hoan phim Việt Nam lần thứ hai mang tên “Điện ảnh ngũ vị”. Các phim tham dự liên hoan phim cũng sẽ được trình chiếu tại Gdansk, Krakow, Łodz và Poznan.
Tại liên hoan phim, các phim mới nhất của nền điện ảnh Việt Nam sẽ được trình chiếu, trong số đó phải nói đến phim được giải nhiều lần „ Cú và chim se sẻ” của đạo diễn Stephane Gauger, người Việt Nam với tên họ Mỹ, hay „Chuyện của Pao” của đạo diễn Ngô Quang Hải. Viên ngọc của trương trình liên hoan sẽ là những phim Việt Nam ngoài luồng của hãng TPD ở Hà Nội, những phim đã vượt qua vòng kiểm duyệt.
Ngoài ra phim của các nền điện ảnh khác về chủ đề Việt Nam cũng được giới thiệu. Trong số này có một tiếng nói quan trọng từ Pháp thuộc trào lưu làn sóng mới chống chiến tranh, bộ phim „ Cách xa Việt Nam” (Loin du Vietnam), mà trong đó Claude Lelouch, Alian Resnais, Agnes Varda, Jean- Luc Godard…đã thực hiện tiểu phẩm luyện tập- etude.

Đạo diễn Việt Linh (Mê Thảo. Thời vang bóng) và nhà sản xuất phim Nguyễn Lâm (Vượt sóng) trong LHP Điện ảnh ngũ vị 2007. Ảnh: Ngô Đăng Quang
Sắp tới đây sẽ có chương trình chi tiết
Liên hoan phim có tính xã hội rõ rệt, bởi mục đích của nó ngoài việc cung cấp các món ăn điện ảnh hấp dẫn mới lạ còn là giới thiệu nền văn hóa của cộng đồng sắc tộc thiểu số đông nhất ở Vácxava và Ba Lan. Vì thế cùng với các buổi chiếu phim là một chương trình giàu có, đa dạng: các cuộc gặp gỡ với các nhà sáng tạo và khách mời từ khắp nơi trên thế giới, các bài thuyết trình, diễn đàn tranh luận. Đặc biệt, một chương trình về giáo dục phong phú dành cho giáo viên các trường học tại Vácxava đã được chuẩn bị. Và trong khuôn khổ liên hoan phim các giải thưởng của cuộc thi ảnh sẽ được công bố.
Liên hoan phim Việt Nam „Điện ảnh ngũ vị” lần hai
Hương vị mới lạ. Những phong cảnh cực kỳ hấp dẫn, một ngôn ngữ đầy giai điệu, một không khí đậm đặc và những chân dung mê ly như vậy thì chẳng có một nền điện ảnh nào khác có thể cung cấp được. Bởi trên thế giới chẳng có một vịnh Hạ Long thứ hai và cũng chẳng có một Hà Nội thứ hai với những chiếc hồ thơ mộng.
Hương vị lịch sử. Lịch sử đau thương của nước Việt Nam, rất giống với lịch sử Ba Lan, gây sốc và rung động lòng người. Điện ảnh giúp tìm hiểu và hiểu biết tường tận hơn về nó.

Cha sứ Edward Osiecki và nhà sư Thích Đạo Ân (đã mất) trong LHP lần thứ nhất. Ảnh: Ngô Đăng Quang
Hương vị của đối thoại. Điện ảnh kích động chiếu vuông tranh luận. Một loạt các cuộc gặp gỡ với khách mời giữa các buổi chiếu giúp nội dung các cuộc tranh luận phong phú thêm bằng các cuộc đàm thoại có giá trị, bằng sự giao lưu và trao đổi quan điểm.
Hương vị khám phá. Cộng đồng người Việt là cộng đồng người nước ngoài đông nhất sinh sống tại Ba Lan, nhưng văn hóa và phong tục của họ vẫn chưa được biết đến. Còn rất nhiều để khám phá.
Hương vị khai mạc. Trong rạp không có gì ngon hơn là bộ phim mà từ trước đến nay chẳng ai được xem và một sớm một chiều tới đây chắc cũng không có cơ hội được xem. Những món ăn điện ảnh khác lạ sẽ có mặt tại Ba Lan vào tháng 10 năm 2008!

Nguyễn Quốc Thành- một trong số những nhà tổ chức LHP, đứng trước chân dung bà nội, do họa sỹ người Ba Lan thực hiện trong Kháng chiến chống Pháp. Ảnh: Ngô Đăng Quang
Bài do ban tổ chức LHP cung cấp
Cuộc thi ảnh về cộng đồng người Việt
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 24.08.08
Cuộc thi ảnh về cộng đồng Việt Nam tại Ba Lan Orientuj się!
Cộng đồng Việt Nam là cộng đồng người di dân lớn nhất ở Ba Lan. Mặc dù có thể có đến 50 nghìn người Việt sinh sống tại đây nhưng ít ai biết nhiều về họ. Người Ba Lan liên tưởng đến người Việt thông qua các quán bar Á châu và những quầy hàng quần áo giày dép trên các chợ trời. Người Việt gây chú ý bởi vẻ đẹp lạ lẫm và sự khác biệt về văn hóa. Họ hòa nhập chậm, và có thể vì vậy ít người biết rằng Liên đoàn bóng đá của người Việt hoạt động rất tích cực tại Ba Lan; rằng không xa Sân vận động 10 năm có chùa Một cột, hoặc không biết rằng đến tận tháng hai người Việt mới đón năm mới, rất to và rất vui.
![]() |
| Múa "Hoa thơm bướm lượn". Ảnh: Ngô Đăng Quang |
Cuộc thi ảnh với chủ đề cộng đồng Việt Nam tại Ba Lan Orientuj się! dành cho cả người Ba Lan và Việt Nam. Một mặt, mục đích của cuộc thi là để khuyến khích người Ba Lan khám phá tiềm năng cực lớn xuất phát từ sự có mặt của một nền văn hóa khác trên đất nước mình. Nguồn cảm hứng có thể là cuộc sống hàng ngày của người Việt Nam cũng như một không khí Phương Đông mà họ tạo dựng lên. Mặt khác, cuộc thi cũng hướng về những người Việt Nam muốn nhìn nhận sự có mặt của chính mình tại Ba Lan thông qua ống kính máy ảnh và kể về cộng đồng của mình với tư cách của những người trong cuộc.
![]() |
| Warszawiacy- Dân thủ đô Vácxava. Ảnh: Ngô Đăng Quang |
Vòng chung kết của cuộc thi sẽ diễn ra trong khuôn khổ Liên hoan phim Việt Nam "Điện ảnh ngũ vị” lần thứ hai, vào các ngày 2-5 tháng 10 tại Warszawa. Các bộ phim tham dự liên hoan phim cũng sẽ được trình chiếu tại Gdańsk, Kraków, Łódź và Poznań. Đây là một dự án lớn do Quỹ nghệ thuật Arteria tổ chức. Trong những năm gần đây Quỹ nghệ thuật Arteria đã tạo dựng và tham gia nhiều hoạt động tích cực nhằm quảng bá cộng đồng Việt Nam tại Ba Lan.
Giải thưởng chính của cuộc thi ảnh bao gồm:
Giải nhất- 2000 zł
Giải nhì- 1000 zł
Giải ba- 500 zł
và các giải khuyến khích bằng hiện vật.
Các bức ảnh dự thi sẽ được đánh giá bởi ban giám khảo chuyên nghiệp bao gồm nhiều nghệ sỹ từ nhiều lĩnh vực nghệ thuật khác nhau:
- Kinga Kenig- nhà phê bình nhiếp ảnh, fotoeditor;
- Krzysztof Miller – phóng viên nhiếp ảnh;
- Nguyễn Quốc Thành- người tổ chức Liên hoan phim Việt Nam "Điện ảnh ngũ vị", nhà phê bình thời trang;
- Anna Okrasko – nghệ sỹ, tác giả triển lãm Choppers được gây cảm hứng từ chuyến du lịch đến Việt Nam;
- Marcin Wrona – đạo diễn, đạo diễn và tác giả kịch bản phim truyện Giọt máu của tôi (chiếu khai mạc vào năm 2009). Bối cảnh phim diễn ra trong cộng đồng người Việt Nam sinh sống tại Ba Lan.
Thời hạn cuối cùng gửi ảnh dự thi là ngày 20 tháng Chín năm 2008.
Xin tham khảo chi tiết nội quy tham dự cuộc thi trên trang điện tử của Quỹ Arteria.
![]() |
| Họp hội nghị "Quyền lao động tại Việt Nam" tại trụ sở Quốc hội Ba Lan. Ảnh: Ngô Đăng Quang |
Bài viết lấy từ trang điện tử Quỹ Nghệ thuật Arteria
Tymczasowość życia w Polsce
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 21.08.08
Część I: Wprowadzenie
Część II: Tymczasowa praca, tymczasowy pobyt
Cudze chwalę
Czy tak samo się dzieje w Niemczech, w Czechach i na Słowacji? Nie sądzę, po zjednoczeniu Niemiec gastarbeiterzy wietnamscy dostali odpowiednią „kuroniówkę”, jeśli stracili pracę. Mogli i mogą pracować bez dodatkowych pozwoleń. Dostali dofinansowanie na przekwalifikowanie się zawodowe. Co najważniejsze, ponad 85% Wietnamczyków w Niemczech i Czechach ma legalny pobyt. Nie czują więc ryzyka deportacji po 5, 10 latach zamieszkania. Nie mają poczucia tymczasowości, tak jak Wietnamczycy w Polsce. Swoje życie wiążą z krajami pobytu, chętnie podejmują jakiekolwiek prace w tych krajach, aby można było spokojnie żyć. W Niemczech np., aby pracować jako kucharz w restauracji wietnamskiej nie trzeba przedkładać w urzędzie pracy świadectwa ukończenia kursu gastronomii. Poza tym czytelne przepisy (nie uznaniowość tak jak jest w Polsce) bardzo ułatwiają życie. Kilka lat temu, jeśli imigrant (imigrantka) wietnamski zarabiał co najmniej 1400 euro miesięcznie, mógł ściągnąć do Niemiec żonę, dzieci. W Berlinie moja znajoma, młoda rolniczka z mojej wsi, która prawie nie mówi po niemiecku, zatrudniła się w firmie sprzątającej, aby tylko móc sprowadzić dwóch małoletnich synów do siebie, do Niemiec. Ma teraz mały salonik pedicure i manicure i prowadzi już własny interes. Trzy lata temu przyjechały do niej dzieci, nauczyły się niemieckiego, chodzą do szkoły, mają znakomite wyniki w nauce.

Na początku swojego pobytu w USA Wietnamczycy wykonywali bardzo proste zawody niewymagające kwalifikacje. Salon kosmetyczne to ich pierwszy własny biznes. Na zdjęciu salon kosmetyczny w Berlinie nalezący do Wietnamki. Ảnh: Ngô Đăng Quang
Legalność życia i pracy imigrantów w Czechach z kolei jest bardzo tania. Wystarczy np. kupić najtańsze ubezpieczenie zdrowotne.
Nie wiemy, ilu dokładnie Wietnamczyków mieszka w Polsce. Z pewnością liczba ta już przekracza kilkadziesiąt tysięcy, może 30, może 40. W każdym razie w takiej liczbie odzwierciadla się w jakiś sposób społeczeństwo wietnamskie w Wietnamie. Wystarczy stworzyć tym ludziom warunki, aby mogli na stałe żyć i legalnie pracować w Polsce, aby podejmowali wysiłek pracy w swoich zawodach. Nie stwarzajmy im więc poczucia tymczasowości!
Weźmiemy przykład USA. Po 1975 roku Stany Zjednoczone masowo przyjmowały uchodźców z Wietnamu. Wietnamczycy przyjeżdżając do USA wiedzieli, że muszą związać nowe życie z tym krajem, że będą tam żyć na stałe. Nie można mówić w tym przypadku o tymczasowości. Czy dostawali od rządu USA pomoc, jaką chcieliby dostawać? Nie całkiem. Po roku lub niekiedy już po pół roku adaptacji i jako takim opanowaniu języka angielskiego, musieli radzić sobie sami. Podejmowali najprostsze prace i zawody np. na liniach montażowych urządzeń elektronicznych, czy samochodowych nie wymagających wysokich kwalifikacji. Wielu generałów, oficerów dawnej Republiki Wietnamu Południowego pracowało przy zlewozmywaku. To nie są tylko lekceważące hasła propagandowej prasy komunistycznej, ale fakty potwierdzone przez samych uchodźców wietnamskich. Pracowali w firmach sprzątających miasta lub sami zbierali śmieci i zajmowali się ich utylizowaniem bardzo prostą metodą. Niektórzy pracowali jako rybacy. Byli tak pilni i pracowici – wychodzili w morze na połowy dzień w dzień, noc w noc – że miejscowi rybacy zaczęli obawiać się konkurencji i protestować. Władza musiała interweniować i wyjaśniać obydwu stronom, dlaczego tak się dzieje, skąd ten konflikt. Część z tych rybaków ucierpiała potem bardzo w skutek huraganu Katrina. Byli to często starsi ludzie, którzy zajmowali się rybołówstwem jeszcze w Wietnamie i ze względu na wiek i dużą ilość pracy nie nauczyli się dobrze angielskiego. Wielu nie zrozumiało ostrzeżenia o zbliżającym się zagrożeniu...
Wszyscy uchodźcy wietnamscy w USA byli zdeterminowani, aby podjąć jakąkolwiek pracę. Wykonując na samym początku pobytu prace niewymagające wysokich kwalifikacji czy wykształcenia, nauczyli się powoli nowych zawodów, zdobywali nowe umiejętności i wyższe wykształcenie. Później wielu zmieniło zawód i pracę, na wymagającą wyższych kwalifikacji, wyższego wykształcenia, ale i lepiej płatną. Inni zaczęli myśleć o własnym, niewymagającym dużego kapitału początkowego interesie, takim jak zakład fryzjerski, salon piękności lub choćby stolik manicure, pedicure! Na pewno nie mogli pozwolić sobie na bycie bezrobotnymi, bo bardzo chcieli zmienić swoją dolę, aby ich dzieci miały lepsze życie.
Tak też się stało. Trzydzieści parę lat minęło, Wietnamczycy są obecni we wszystkich prestiżowych zawodach w Ameryce – w administracji lokalnej, stanowej i federalnej, w polityce. Są wśród tej młodej przecież społeczności imigracyjnej pisarze i poeci piszący po angielsku. Jeden z nich ma już dwa tytuły wydane w Polsce.*
Little Saigon – stolica wietnamskich uchodźców – miasto tętniące życiem, kultywujące tradycje i język wietnamski w słonecznej Kalifornii wzięło swój początek od małego odcinka Bolsa Avenue, przy której znajdowało się kilka wietnamskich sklepów i lokali usługowych i którą sami sami Wietnamczycy nazwali phố Sài Gòn (ulica Sajgonu).

Siedziba wietnamskiego dziennika Người Việt w Kalifornii. Ảnh: Album cá nhân
Czy w Polsce Wietnamczycy będą mogli i chcieli pracować we wszystkich zawodach jak Wietnamczycy w Niemczech, w Czechach, w USA? Na pewnie tak. Ale jednym z podstawowych warunków takiego stanu rzeczy jest, żeby nie musieli martwić się o legalność swojego pobytu, dziś i jutro. Żeby mogli być legalnymi mieszkańcami tego kraju.
*****
*Kien Nguyen: Gobelin. Wyd. Albatros 2004 r. oraz Misjonarz. Wyd. Albatros 2007 r.
Tekst został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Wszystkie wcześniejsze wpisy blogu można tutaj poczytać
Tymczasowa praca, tymczasowy pobyt
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 17.08.08
Ustawa o cudzoziemcach z dnia 13 czerwca 2003 roku, rodział 4, art. 53. pozycja 1. Zezwolenia na zamieszkania na czas oznaczony udziela się cudzoziemcowi, który 1) posiada przyrzeczenie lub przedłużenie przyrzeczenia wydania zezwolenia na pracę albo pisemne oświadzczenie pracodawcy o zamiarze powierzenia cudzoziemcowi wykonania pracy, jeżeli zezwolenie na pracę nie jest wymagane, 2) prowadzi działalność gospodarczą na podstawie przepisów obowiązujących w tym zakresie w Rzeczypospolitej Polskiej, korzystna dla gospodarki narodowej, a w szczególności przyczyniającą się do wzrostu inwestycji, transferu technologii, wprowadzenie korzystnych innowacji lub tworzenia nowych miejsc pracy,
W pierwszych słowach mego wpisu muszę napisać, że tekst pod tytułem „Tymczasowa praca, tymczasowy pobyt – Tymczasowość życia w Polsce” powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Jego pierwszą część jako wprowadzenie można tutaj poczytać, a poniższy stanowi dalszą cześć.
Gastarbeiterów wietnamskich w Polsce nie było
Przykładów Wietnamczyków pracujących w Polsce poza branżą handlu i gastronomii jest dużo więcej, zwłaszcza w młodym pokoleniu. Lê Tự Quốc Hùng należy do pierwszej setki osób, które zdobyły licencję doradcy finansowego i maklera giełdowego. Jest dyrektorem oddziału w jednym z dużych banków polskich. Quốc Anh pracuje jako stylista i projektant odzieży, lubi obracać się w środowisku młodych Polaków.
Nie sposób tu wymienić wszystkich, ale już na podstawie tych kilku przykładów widać, jak różne są to zawody. Jednak tych, którzy pracują poza handlem i gastronomią, łączy wspólny mianownik – mają już uregulowany status w Polsce: polskie obywatelstwo, kartę stałego pobytu, czyli mogą być zatrudniani bez żadnych ograniczeń. Tych, którzy pracują na podstawie wizy z prawem do pracy jest bardzo mało. Po prostu za dużo formalności do załatwienia i dla pracodawcy, i dla potencjalnego pracownika.
Wróćmy do naszego dziennikarza zajmującego się perfumami i modą. Przyjechał do Polski jeszcze jako stypendysta rządu PRL, ale pracę dyplomową obronił już w Polsce demokratycznej. Ponieważ podczas studiów podyplomowych nie dostawał już stypendium (dobrze, że nie musiał za nie płacić), musiał zarobić na życie. Radził sobie jak umiał, parę razy spotykaliśmy się na placu targowym w Oświęcimiu i w Chrzanowie. Zarabiał także jako artysta wykonawca, tańcząc w grupie baletowej. Profesorowie starali się pomagać, powierzając mu letnie zajęcia ze studentami zaocznymi. Wszystko to jednak nielegalnie, bo Wietnamczyk ten nie miał zezwolenia na pracę.
Któregoś dnia wiosną czy na początku lata, ja, ów znajomy dziennikarz i parę innych osób gościliśmy w studiu TVP Kultura. Felieton telewizyjny był realizowany wcześniej, ale wywiad „szedł” na żywo w studiu. Redaktor prowadzący zadał naszemu dziennikarzowi pytanie, czy chce zostać w Polsce. Odpowiedział, że owszem, po 19 lat nieprzerwanego pobytu w Polsce chciałby, ale nie od niego to zależy, tylko od urzędników. Redaktor na koniec programu życzył mu więc, aby się udało.
Parę miesięcy później kolega-dziennikarz poinformował mnie, że opuszcza Polskę, że wraca na stałe do Wietnamu. Jego wszelkie prawdziwe powody do przedłużenia wizy pobytowej się wyczerpały, a nie chciał „kombinować”. Pojechał do Wietnamu kilka miesięcy temu, jeszcze zanim wiza pobytowa straciła ważność. Mieszka w Ho Chi Minh City i podobno pisze dalej po polsku i po angielsku o perfumach i modach dla tego samego czasopisma formatu A4. Nic się nie stało, świat się nie zawalił, Polska też. Jednak uważam, że Warszawa, cała Polska jest uboższa o niego, informatyka, zarabiającego na życie tańcem i pisaniem, po polsku.
Cudzoziemiec, nie imigrant
Czy mój znajomy dziennikarz wróci do Polski? Całkiem możliwe, ale w sensie administracyjnym będzie musiał zacząć od początku. Od jego wyjazdu minęło już ponad 3 miesiące, całe jego 19 lat pobytu w Polsce nie będzie się liczyło, nie znaczy nic. W oczach urzędników i zgodnie z obecnym stanem prawnym będzie cudzoziemcem, który chce zostać i pracować w Polsce. A to przede wszystkim bardzo trudne i kosztowne!
Nie wiem, czy w przeszłości w Polsce Ludowej była uchwalona jakaś ustawa legalizująca pobyt cudzoziemców. Raczej nie było. W historii najnowszej takie ustawy zwane skrótowo i potocznie abolicją były. Jedna z 2003 roku, pozwalała cudzoziemcom w ciągu trzech miesięcy złożyć wniosek legalizujący pobyt. Druga uchwalona w 2007 roku obowiązywała przez sześć miesięcy, do 20 stycznia 2008 roku. W Warszawie, w obydwu przypadkach, kiedy obowiązywała abolicja przed urzędem wojewódzkim, gdzie cudzoziemcy załatwiają formalności związane ze swoim pobytem ustawiały się gigantyczne kolejki. Czyżby urząd nie był przygotowany na ustawę?

Kolejka do urzędu w Warszawie, Zająłem miejscem około 6. godz., dwie godziny przed otwarciem, ale i tak nic nie załatwiłem w tym dniu. Ảnh: Ngô Đăng Quang
Ale problemem nie była długa kolejka przed urzędem, w nocy i na mrozie (urzędnicy nie życzyli sobie, aby kolejka stała wewnątrz budynku). Problemem były warunki, które trzeba było spełnić, aby zalegalizować swój pobyt. Problemem także było i jest to, że nieliczni, którzy uzyskali czy uzyskają legalny pobyt, mieli i będą mieli trudności z utrzymaniem tej legalności. Albowiem po dziesięciu lat zamieszkiwaniu w Polsce, jeśli dostaną legalizacje swojego pobytu to po roku muszą ubiegać się o dalsze legalny pobyt tak jak zwykli cudzoziemcy, czyli według ustawy o cudzoziemcach ich praca zawodowa nie może zagrozić rynek pracy Polakom albo firma założona przez nich musi wnosić znaczący wkład w gospodarkę Polski. Jak pisałem wcześniej, legalność pobytu w Polsce jest bardzo kosztowna. Więc zdarza się dość często wtórna nielegalność imigrantów. Oznacza to, że imigranci legalni nie byli w stanie utrzymać tej legalność i stracili ją. Podjąć legalną pracę mogą tylko ci, którzy mają legalny pobyt, ale trudno ubiegać się o legalny pobyt bez legalnej pracy.
Przepisy ustawy abolicyjnej oraz prawa pracy
Dwie ustawy abolicyjne dotyczyły cudzoziemców, którzy przebywali w Polsce nieprzerwanie co najmniej od 31 grudnia 1996 r., potrafili udowodnić, że mają gdzie mieszkać, że dysponują ilością środków finansowych wystarczającą na rok życia w Polsce oraz na ubezpieczenie zdrowotne i/lub że mają przyrzeczenie wydania zezwolenia na pracę wydane przez wojewódzki urząd pracy. Dopiero wtedy cudzoziemcy mogli ubiegać się o legalizację pobytu na czas oznaczony tj. na okres roku. Załóżmy, że dostali zgodę na legalny tymczasowy pobyt. Co dzieje się po roku legalnego pobytu? Otóż zostają traktowani jak zwykli cudzoziemcy tzn. jak każdy inny obcokrajowiec, który po raz pierwszy przyjeżdża z zagranicy i chce mieszkać i pracować w Polsce. Bez żadnych ulg i ułatwień. Więc po pięcioletnim (ustawa z 2003 r.), a nawet dziesięcioletnim (ustawa z 2007 r.) pobycie w Polsce cudzoziemiec jest nadal obcokrajowcem, nie zaś żadnym tam imigrantem! A moim zdaniem są to imigranci, którzy powinni mieć już ułatwiony dostęp do pracy i do życia w Polsce.
Ktoś powie, że w ten sposób zachęcamy do nielegalnej imigracji. Sądzę jednak, że uszczelnienie granic i zapobieganie nielegalnej imigracji nie są sprzeczne z ideą udzielania imigrantom pomocy przez władzę, nie są sprzeczne z polityką ułatwiania życia imigrantom którzy znajdują się już na terenie kraju. Te dwie sprawy można i trzeba pogodzić. Dla korzyści imigrantów i państwa polskiego.
Wróćmy do warunków legalizacji pobytu. Pierwszy warunek dotyczy miejsca zamieszkania. Z pozoru jest bardzo prosty do spełnienia, przecież Wietnamczycy nie mieszkają pod mostem. Jednak aby udowodnić, że cudzoziemiec ma gdzie mieszkać, nie wystarczy przedłożyć w urzędzie oryginału umowy najmu mieszkania. Urzędnicy warszawscy kazali np. cudzoziemcom okazać oryginał aktu własności lokalu (od właściciela). Rzecz niby prosta, ale czy Polacy chętnie wynajmują mieszkania oficjalnie? Czy chcą podpisać umowę, która będzie wykorzystana w urzędzie do spraw cudzoziemców (choć to nie to samo co urząd skarbowy!). Czy Polacy chcą pożyczać cudzoziemcom notarialne akty własności mieszkania do pokazania w urzędzie? Tylko nieliczni. Mi osobiście nie udało się przekonać w imieniu rodaków żadnego właściciela do podpisania umowy najmu i do pożyczenia aktu notarialnego. Polacy, co najmniej warszawiacy, niechętnie oficjalnie wynajmują i meldują w swoich mieszkaniach lokatorów, czy to Polaków, czy to cudzoziemców.
-Dz. U. 2003 Nr 128 poz. 1175
Mając legalny pobyt tymczasowy, cudzoziemiec ma kilka miesięcy na załatwienie mnóstwa trudnych formalności np. uzyskanie pozwolenia na pracę i zgody na nią (dwuetapowa procedura w urzędzie pracy), uzyskanie meldunku (tylko właściciel mieszkania może go zameldować i musi to robić kilka razy, kiedy cudzoziemiec dostaje krótką wizę i kiedy dostanie decyzję na dłuższy pobyt). Cudzoziemiec nie dostaje pozwolenia na każdą pracę. Tylko na tę, do której pracodawca nie znalazł chętnych wśród Polaków. Z kolei cudzoziemiec nie może podjąć byle jakiej pracy, bowiem jeśli wynagrodzenie jest za niskie, urzędnik może nie przedłużyć pozwolenia na pobyt!
Cudzoziemiec może zawsze założyć własną firmę np. spółkę z o.o. i albo zatrudnić się w niej na wysokim stanowisku, albo czerpać zyski z jej działalności. Może, ale to jeszcze kosztowniejsza zabawa, nie mówiąc o trudnościach i formalnościach związanych z zakładaniem własnego biznesu i jego prowadzeniem. A urzędnik i tak może uznać, że firma należąca do cudzoziemca nie daje znaczącego wkładu do gospodarki Polski. Nie przynosi żadnych znaczących korzyści, nie wnosi wysokich technologii, nowych rozwiązań i myśli naukowo-technicznych do tejże rzeczywistości! Imigrancie! Przyznaj się, że jesteś najzwyczajniejszym zjadaczem ryżu, kukurydzy, kuskusów i makaronu! (Razem wzięte lub każdy z osobna!).
W procedurze rozpatrywania wniosków o legalizację pobytu cudzoziemcy są przesłuchiwani w urzędzie. Nic nadzwyczajnego, normalna rzecz, nikt nie jest przeciwny temu. Ale moim zdaniem zabrakło w tych przesłuchaniach miejsca na wywiad szczegółowy lub ankietę (może być anonimowa) o woli i możliwości podjęcia pracy. We wnioskach brakuje pytań takich jak: jeśli miałbyś możliwość przekwalifikowania się, jakiego zawodu chciałbyś się uczyć? Czy byłbyś chętny uczestniczyć w zorganizowanym bezpłatnym (albo płatnym) kursie nowego zawodu? Jeśli tak, to jakiego zawodu? Owszem ta ankieta z tym zestawem lub innych pytań miałaby sens gdyby cudzoziemcy mieliby możliwości uczestniczenia w kursach zawodowych, nauki lub adaptacji nowych zawodów. Dwa wiersze, które znajdują się teraz we wnioskach o zawodzie wyuczonym i wykonywanym są zbyt ogólne, formalne i mało znaczące dla imigranta, który znajduje się przecież w nowych realiach, w nowej rzeczywistości, w nowych warunkach życia i pracy!

Imigrancie! Przyznaj się, że jesteś najzwyczajniejszym zjadaczem ryżu, kukurydzy, kuskusów i makaronu! (Razem wzięte lub każdy z osobna!). Ảnh: Ngô Đăng Quang
CDN
*****
Tekst został wydrukowany w ksiazce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Piersza część: Wprowadzenie: T jak Tymczasowość.
Wszystkie wcześniejsze wpisy blogu mozna tutaj poczytać
T jak Tymczasowość. Część I
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 15.08.08
W pierwszych słowach mego wpisu muszę napisać, że prowizorki w Polsce bywają wieczne. Weźmiemy przykład Stadionu Dziesięciolecia. Moja koleżanka, Joanna Warsza robiła pięć razy finisażu Stadionu i nie mogła zrobić! Dokończy i zakończy zapewne mężczyzna, minister Sportu. Przy pomocy Red Bull pan minister da znowu Stadionu Dziesięciolecia skrzydła! Zapewne, aby wyleciał!
Nie pisałbym o tym, gdyby nie mój udział w tych finisażach i gdyby nie prowizorki wietnamskie w Polsce! Prowizoryczne bary, prowizoryczna pagoda, prowizoryczne życie w Polsce, które trwa niekiedy 15- 20 lat. Dlatego powstał tekst pod tytułem „Tymczasowa praca, tymczasowy pobyt – Tymczasowość życia w Polsce”. Na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. I za realizację tego zamówienia dostałem ładną parę złotych (nie chciałem pisać: parę ładnych...), więc nie dziwcie się, że na końcu poniższego, własnego tekstu wstawię znak copyright-a na rzecz obcych mi ludzi i instytucji!
Egzotyczna uroda
W dobie Internetu o strony poświęcone urodzie i pięknym dziewczynom nie trudno. I ja nie przypadkowo trafiłem na Centrum Modelek.
Jak sama nazwa wskazuje, jest to strona modelek, a ściślej agencji modelek o dość bogatej ofercie. Jak na każdej typowej stronie prezentującej wdzięki modelek, nie brakuje na niej cyfr określających wymiary pięknych pań: miejscowość: Warszawa (mazowieckie), wiek: 21, biust: 81 cm, talia: 62 cm, biodra: 86 cm, waga: 45 kg, wzrost: 159 cm, kolor włosów: czarny*.
Wycieram oczy ze zdumienia, czy to są wymiary modelki? Czytam jeszcze raz: wzrost 159 cm, waga 45 kg, czarno na białym! Niemniej oczekiwania wobec przyszłej pracy nie są skromne: oczekiwane propozycje: hostessa, moda, bielizna, nagość zakryta.
Przechodzę do rubryki doświadczenie. Niejedna modelka marzyłaby o takim portfolio i takim dorobku na swoim koncie.
Brałam udział w wielu sesjach zdjęciowych m.in. kalendarz, bodypainting, okładka płyty, reklamy różnych produktów, zdjęcia 3D... Fotomodeling to głównie moje hobby. Moją pasją jest taniec... przede wszystkim taniec brzucha. Statystuję również w reklamach, filmach i serialach. Teledyski "Manewry" Killaz Group, "Love Story" Wilków. Zapraszam wszystkich zainteresowanych do współpracy! Pozdrawiam :)
Zdjęcia z portfolio i kilka zasłyszanych informacji i wszystko jest jasne. To Wietnamka, córka moich znajomych z Bydgoszczy. Urodziła się w Wietnamie, ale na początku lat 90. przyjechała do Polski. Nosi tu polskie imię. Uczęszczała do polskiej szkoły podstawowej, średniej i licealnej. Rodzice zapisali ją też na zajęcia baletowe. Taka była drobniutka, delikatna i nieśmiała…
Drżyjcie piękne polskie modelki, z niebieskimi oczami, blond włosami oraz długimi nogami. Nasze nie mniej piękne dziewczyny, o nieco egzotycznej urodzie, ze zgrabnymi choć bywa nieco przykrótkimi nogami, depczą wam po piętach! Nie myślcie, że jesteście bezkonkurencyjne!
![]() |
| Drżyjcie piękne polskie modelki!, z niebieskimi oczami, blond włosami oraz długimi nogami. Ảnh: Ngô Đăng Quang |
Piękne zapachy
Chanel19 i Obsession
Spróbowałem Chanel 19 EdT. Wydaje mi się, że jest bardziej „perfumowy” niż EdP.
Jest skórzany, zielony, bardziej kwiatowo-pudrowy niż EdP. Po kilku dniach
słodyczy i mleka, szypr sprawił, że trochę dekadencko się czuję, hihi. B. fajna
nutka zieleni. EdP jest jakoś delikatne i łagodne mimo skórzanej nutki. EdT
jest mocniejsze, imo [= in my opinion (według mnie)],
i skóra, i pudrowość, bardziej dosłowne.
No, zgadzam się że Obsession jest „wulgarniejszy” :-)) mimo braku tej
zwierzęcości, którą pamiętam.
Ale przede wszystkim nie czuję takiej "rasowej", gęstej ambry. W ogóle klimat nie jest dla mnie taki sam. Ale mam tylko na papierku:-)
Fumerie Turque
To jest chyba jedna z tych „bestii”, o których mówił SL:-) Czuć spaleniznę,
suszone siano (mimo że tego chyba nie ma na liście nut), skórę. Zapach mroczny,
niesamowicie suchy. Później pojawia się słodycz, taka namacalna:-), owoc
wanilii. Trochę przypomina mi tę słodką, "ciemną maść" w Avignon czy Arabie.
Jednocześnie gęsty, lśniący soczek, jak miód.
To są zaledwie dwa z ogromnej liczby wpisów mojego rodaka umieszczonych na internetowym forum o perfumach. Przez bardzo długi czas forum to znajdowało się na czołowym miejscu w rankingu popularności i aktywności forumistów, jeśli chodzi o fora prywatne i uchodziło za jedno z najsympatyczniejszych z forów prywatnych portalu www.gazeta.pl.
Od nietypowego hobby do zawodowego zarobienia pieniędzy droga okazała się krótka. Wkrótce mój kolega został dziennikarzem specjalizującym się w perfumach i modzie w czasopiśmie, niszowym co prawda, ale bardzo znanym i cieszącym się renomą.
Ów kolega ukończył Politechnikę Warszawską w drugiej połowie lat 90. Nie spieszył się z wyjazdem do kraju i zaczął pisać pracę doktorką. W przerwach między obowiązkami doktoranta informatyka odkrył w sobie zainteresowanie perfumami i modą. Za artykuły wydrukowane w czasopismach dostawał pieniądze. Nie były to wielkie kwoty, ale dla pasjonata takiego jak on nie było to najważniejsze.
I mundur polskiej marynarki wojennej.
Wietnamczycy, choć nie tylko my, lubią zorganizować różne imprezy rocznicowe, ot np. na półmetku studiów w Polsce, z okazji narodzin syna czy córki, srebrnego wesela i okrągłej rocznicy pobytu Polsce. Absolwenci z mojego i z wyższego roku obchodzili taką okrągłą rocznicę 20-lecia obecności w Polsce kilka lat temu. Moi starsi koledzy zorganizowali uroczystość w restauracji należącej do Wietnamki, która przyjechała do Polski, aby nauczyć się zawodu pszczelarza. Pod koniec imprezy, kiedy nastąpiła sesja wspólnego fotografowania się jeden z nich założył mundur oficera marynarki wojennej. Choć wszyscy wiedzieli, że po studiach pozostał na uczelni i pracuje jako wykładowca w Wyższej Szkole Morskiej, byli mile zaskoczeni. Kolega jest drobnej postury, raczej niski, ale mundur szyty na miarę był bardzo twarzowy i właściciel prezentował się w nim całkiem dostojnie. Za mundurem panny sznurem, kiedyś mawiano…
CDN
***
*Wszystkie cytaty pochodzą ze strony http://www.centrum-modelek.pl/2636_maika_warszawa.html, prawo do wszelkich danych i opisów należy do tej strony
*************
Tekst został wydrukowany w ksiazce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Wszystkie wcześniejsze wpisy blogu mozna tutaj poczytać
L jak List otwarty
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 12.08.08
Redakcja tygodnika o gwiazdach Gala
Ul. Wynalazek 4
02-677 Warszawa
Email: gala@gjpoland.com.pl
Szanowna Redakcjo,
robienie zakupów w osiedlowym sklepie w dzisiejszych czasach jest luksusem, na który nie zawsze wszystkim stać! A ja robię je codziennie! No, prawie codziennie; tak dużo przecież nie jem a ze mnie żaden modniś!... Panie z działu mięsnego zawsze wybierają najchudszy kawałek boczku i połówkę świeżego kurczaka bez szyi i kostki lodu…
Ale jedno ale, nie lubię kupować w osiedlowym sklepie spożywczym prasy. A to trzeba czekać przy kasie aż ktoś przyniesie z magazynu płytę dołączoną do gazety bezpłatnie. A to brakuje „Co jest grane” na cały weekend! Kilka razy zdarzało mi się, że musiałem pojechać w sobotę lub niedzielę na Dworzec Centralny aby dokupić to, czego brakowało. Znaczy się kupić jeszcze raz to samo, albowiem tam zawsze można dostać zeszłoroczny śnieg…
Prasę więc kupuję u sympatycznej pani w kiosku przy przystanku autobusowym lub u sympatycznego pana w kiosku przy parkingu. Tak czy siak w ten sposób do pełnego szczęścia zakupy mi przedłużają o kilka minut. Nieraz sobie zadaję pytanie, czy aby przypadkiem nie jestem stuknięty? Albo maniakiem prasowym?! Nie, nie odpowiem redakcji, Szanowna Redakcjo, na to pytanie ani twierdząco ani przecząco!
Zdarzają się jednak, i niekiedy, wyjątki. Wiosną tego roku, dnia 23 kwietnia przechadzając po sklepie osiedlowym zauważyłem zdjęcie znanej, mojej ulubionej dziennikarki, pani Moniki Olejnik- z którą jeszcze nie podstawiałem kropki nad i- na okładce waszego pisma (lub czasopisma jak kto woli), otoczonej dziećmi. Także, jak się barwnie mówi, kolorowymi. Muszę kupić- powiedziałem sobie i wziąłem do koszyka. Przy kasie na hasło „Monika Olejnik” wypowiedziane przez kasjerkę ekspedientka z działu monopolowego (min. dlatego, że tam zazwyczaj jest pusto) przybiegła z dwoma płytami DVD. Od przybytku głowa nie boli, posłusznie przyjąłem je i grzecznie zaparkowałem zakupy w wygodnych, choć podobno według ekologów, nieekologicznych nylonowych reklamówkach.
Parę minut i byłem w domu swoim- mieszkance niedużym. Nie rozpakowawszy zakupów usiadłem na tapczan. I poczytałem i obejrzałem wasze pismo od okładki do okładki. A to że jestem ciut stuknięty i na moje nieszczęście, poczytałem także paragon z zakupów. O zgrozo! O psiakrew, Redakcjo! Na paragonie było drukowane czarno na białym: „Gala + Gażdzet 1x12,95 12,95 zł”! A przed chwilą poczytałem na waszej okładce, tyle że biało na czarnym: „cena Gali z filmami 11,95 zł (w tym 22 Vat)”. Psiakość, Redakcjo, niech ktoś mnie mocno trzyma bo wychodzę z siebie i postoję obok!
Carpe diem!, uspokoiłem się nieco, widząc reklamę na czwartej stronie i córkę mojej rodaczki na szóstej stronie. Potem schowałem i pismo i paragon głęboko w najciemniejszym sejfie. Tak więc ani pani Monika anii paragon nie ma prawa wyblaknąć na wieki…
Co miałem zrobić?, Droga Redakcjo! Przecież nie będę psuć stosunków sąsiedzkich dla marnej jednej złotówki! Nie będę także złożyć reklamację u kolportera. Poza tym, kto wie, wolno jest handlowcom w swoim sklepie. Wolny handel i wolna cena!? Och, komuno! Wróć! Jedna cena urzędowa i basta! Bez dyskusji i bez targowania!
Szanowna Redakcjo,
cała nadzieja w redakcji, aby sprawiedliwości stała zadość. Kilka dni temu wyciągnąłem ostatnie groszy oszczędności z tego, najciemniejszego sejfu w moim mieszkaniu. Niechcąco wyciągałem i Galę na światło dzienne. Dlatego piszę ten list do redakcji. Może Redakcja zechce zaparkować złotówkę w kopertę(sic!) i wysyłać do mnie na adres domowy? Albo Redakcja zechce zrekompensować w naturze? Na niej, a raczej w niej zawsze znajduję coś ciekawego do czytania. Choć nie tylko do czytania…
B jak Brak natchnienia
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 09.08.08
Od kiedy pisałem o kołysankach to tylko mi anapesty w głowie! Efektem tego było jednorazowe uczynienie zakupów niezmiernie miłym zajęciem. Otóż nie cierpię robić zakupów, zwłaszcza w supermarketach, hipermarketach czy jakichkolwiek innych marketach. Ale co jakiś czas muszę. Tak więc, pewnego razu, całkiem nie dawno temu, w sobotę temu, niedaleko domu, zrobiłem zakupy w supermarkecie. Dział warzywno-owocowy znajduje się- a może trzeba pisać w czasie przeszłym?- na samym wejściu, nietrudno zauważyć promocję arbuzów. Ogromny pojemnik z arbuzami, obok stał stół z pokrojonymi arbuzami. Całkiem dorodne sztuki, właściwie połówki sztuk były. Miąższ połówek różowo-czerwony zdradzały jakość i kusił do wzięcia. Mogą być słodkie- pomyślałem. Na tym przecież polega dobra jakość arbuza, owocu składającego się w ponad 90% z wody. I co najważniejsze: nie dodaje się cukru konsumując zazwyczaj łapczywie arbuza! Ekspedientka przy drugim końcem stolika stała i kroiła wciąż więcej owoców. Rzuciłem okiem, właśnie podzieliła jedną sztukę na pół. Skórka nie jest całkiem gruba, kolor miąższu ciemniejszy, co świadczy o dojrzałości i o tym, że owoc rósł w nasłonecznionym miejscu. Poproszę- powiedziałem do ekspedientki- chyba jest słodki- odebrałem z jej rąk większą (sic!) połówkę, nie zapomniawszy o podziękowaniu. Przy drugim okrążeniu stoiska owocowego zauważyłem, że ekspedientka już stała przy pojemniku z całymi arbuzami. Klientka w średnim wieku zwróciła o pomoc w wyborze owoców do ekspedientki. Za duży wybór- mówiła klientka- nie wiem, który wybrać, podobno pukają…ale jak…Który będzie słodki?
No tak, nieraz pukałem w arbuzy, kupując je w supermarkecie, zwłaszcza kiedy nie ma pokrojonych. Pukanie pukaniem ale trafić w słodką sztukę to czysta loteria! Ale tu i teraz -zdziwiłem się- przecież jest tyle pokrojonych, gołych, oferujących swoje wnętrze owoców. Wystarczy patrzeć na kolor. Tyle połówek!... A może chce całego arbuza- uzasadniałem dylemat klientki- nie zawsze dwie połówki to jedna całość! Właśnie dlatego mnóstwo ludzi całe życia szuka swoich połówek!- Konkluduję nieco filozoficznie. Dlaczego nie zaczynają od ćwiartki siebie? Zadałem i sobie pytanie. Spróbować zawsze warto! Spróbuję i tego- obiecywałem sobie, odchodząc do kolejnych działów w supermarkecie na przedmieściu Wilanowa. I wyjątkowo tego dnia robienie zakupów dla mnie było całą przyjemnością. Pchałem wózek, cały w skowronkach. Usta milczą, ale dusza śpiewa anapesty:
Puk, puk, puk!
Słodki jesteś, Arbuzie?
Słodki, słodziutki
I czerwoniutki, Panie!
![]() |
|
|
| Warszawska Wisła. Ảnh: Ngô Đăng Quang |
PS: Jedzcie, panowie, zielone skórki arbuza. Całe właściwości afrozydiaka tego owoca znajdują się w skórce! Właściwie, w skórce arbuza znajduje się najwięcej cytruliny, działajacej jak sildelafil, będący składnikiem viagry! Sprawdziłem na własnej skórze. Rewelacyjnie!
P jak Prezydent
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 05.08.08
Kilka dni temu przez Polskę przebiegła świetlana wiadomość: i mamy polskiego dinozaura! A przemknęło mi przez myśl- czyż nie jest to Aleksander Kwaśniewski- Dinozaurus Politicus?
Prezydent Aleksander Kwaśniewski słynny był z tego, że nie zgodził się nadać mi obywatelstwa za pierwszym razem. I to wtedy kiedy ubiegał się o drugą kadencję. Nie liczył się z moim głosem! A z lekką ręką podpisał decyzję o nadanie obywatelstwa Emmanuelowi Olisadebemu, kopiącemu piłkę nogą!
Ostatecznie bez mojego udziału kontynuował zasiedzenia przy Krakowskim Przedmieściu, jakby w samym Centrum brakowało miejsca! A co ja na to? Po pewnym czasie, dokładnie pod koniec 2003 r., złożyłem ponownie, jak się potocznie mówi, papier na obywatelstwo. A prezydent, jak na prezydenta przystało, miał dwa lata na złożenia jednego podpisu! Tym czasem zbliżał się koniec jego drugiej kadencji a kandydatów na obejmowanie Urzędu wciąż brak! Może nie całkiem brak, były dwa nazwiska. W grę wchodził Tomasz Lis i aktualna Pierwsza Dama. Wpadłem w popłoch. Co mi zostało!? W akcie desperackim zakończyłem artykuł o Aleksandrze Kwaśniewskim w opozycyjnym miesięczniku, tyle że wietnamskim, zdaniem: Kwaśniewski(a)- moje kłopoty? (Kwaśniewski(a)- nỗi phiền muộn của tôi?).
No i to poskutkowało! Zgodził się pod warunkiem i pod koniec swojej kadencji pan prezydent. Lepiej późno niż wcale…Ale cóż z tego, jeśli to już za późno, i to była tylko promesa! Obywatelstwa polskiego nie odebrałem z rąk Aleksandra Kwaśniewskiego. Pierwsza Dama w ogóle nie startowała, Tomasz Lis za samą chęć kandydowania został wyrzucony z TVN (albo z Polsatu, już nie pamiętam). Dopiero rok temu ostatecznie prezydent Lech Kaczyński podpisał decyzję nadania mi obywatelstwa. Jestem więc obywatelem dwóch prezydentów- a nie tam „prezydent wszystkich obywateli”! Różnica jest ogromna, prawda?
![]() |
| Róża dostała obywatelstwo- i obywatelstwo (każde) dostało różę- w tym samym dniu co ja. Ảnh: Ngô Đăng Quang |
Dwie kadencje, 10 lat!, a ja osiem lat czekałem na obywatelstwo- „Życie Warszawy” zanotowało w dniu, kiedy stałem się Polakiem- od razu niemałym! Pewien dziennikarz radiowy obecny podczas uroczystości w ratuszu na Placu Bankowym kazał mi śpiewać hymn. A co, zaśpiewałem chętnie:
Jeszcze Polska nie zginęła,
Kiedy my żyjemy.
Co nam obca przemoc wzięła,
Szablą odbierzemy.
Marsz, marsz Dąbrowski,
Z ziemi polskiej do Polski.
No i nie musiałem śpiewać dalej! I dziennikarz i śpiewający kumali o co chodzi! Przecież prezydent, lub premier, tak śpiewał…Kilka godzin później dostałem SMS od Nguyễn Thanh Sơn, kolegi z redakcji [portalu Đàn Chim Việt- Klucz (Stado) Wietnamskich Ptaków], który dostał polskie obywatelstwo dużo wcześniej, wtedy kiedy jeszcze nie znał ani jednej (polskiej) litery połamanej na pół! (Tak się mówi po wietnamsku na analfabetę):
- Witamy w gronie Polskich Ptaków. Śpiewałeś hymn jak Edyta Górniak :). Super! Gratulacje!
Byłem dumny jak paw!... Ptak, ale nie byle jaki. Po dziś dzień mam jego SMS’a w telefonie!
![]() |
| Ola Kwaśniewska, córka swojego tatusia w cieniu dinozaura. Ảnh: Ngô Đăng Quang |
Prezydent Aleksander Kwaśniewski jest słynny także z tego, że jest ojcem swojej córki! Naprawdę to jest powód do dumy! Drodzy czytelnicy, czy wiecie, że pewien raport statystyki, albo badań dyskretnych mówi, że tylko 90 % ojców jest rodzicem swojego dziecka? Podobno to się tyczy tylko obszaru Europy, w każdym razie Polski aniżeli Wietnamu! Możliwe to, że tutaj źle interpretuję wyniki raportu. Wybaczcie, panowie, jestem wolnym strzelcem i nie wiem jaki wpływ na wyniki badań miałem ja…
Tak czy siak Aleksandra Kwaśniewska jest córką swojego tatusia. Rok temu kiedy w mediach aż huczało od wirusów z Filipin, Aleksandra Kwaśniewska nie mogła dłużej znieść. Musiała bronić swojego tatusia w „ Dzień Dobry TVN”. Bardzo martwiła się o stan zdrowia byłego prezydenta. Ponoć lamentowała i skarżyła się na jego chorobą filipińską. Za ten emocjonalny występ na żywo w celu spełnienia obowiązków wobec rodzica wyrzucano ją jako reporterkę telewizyjną właśnie z tej telewizji.
Trudno w dzisiejszych czasach o niezależną telewizję! I trudno też o niezależną reporterkę! Moja rodaczka, zdaje się też reporterka, na początku lipca tego roku napisała artykuł- albo dokładniej opracowała audycję radiową- o głośnej książce wydanej przez IPN „SB a Lech Wałęsa- Przyczynek do biografii”. W tej audycji tworzyła różne możliwości do zabrania głosu jednemu z autorów książki. Były prezydent nie miał takich okazji. Co więcej, czytając ten artykuł czytelnik wietnamski odnosi wrażenie, że faktem jest to, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, że był tym Bolkiem i były prezydent jest pogodzony z faktami zawartymi w tym dziele. Ot PiSowski punkt widzenia na drogę do wolności byłego przywódcy Solidarności. Na stronie społecznościowym „Gronie” napisałem, że oto PiStoryk ma głos. Czyż niezależne dziennikarstwo w dzisiejszych czasach jest to tylko pobożne życzenie?
Och! Jak ja nie chcę zostać polskim prezydentem. Zwłaszcza byłym…
Na przyszłym wiecu wyborczym powiem więc:- nie chcem kandydować na najwyższy urząd w państwie, ale muszem. Niech Naród wybierze mniejsze zło! I skwituję krótko:- nie chcem, ale muszem!
Jest to, moi drodzy, mój przyczynek do (auto)biografii byłego przyszłego prezydenta. Albo przyszłego byłego prezydenta.Ciąg dalszy nastąpi...
PS: Aha! Wobec róźnego przetłumaczenia (Quê Việt 89, 06-2008 oraz RFA 04-07-2008) tytułu wspomnianej książki, publikacji ponoć publicystyczno-historycznej proponuję trzecie: Mật vụ và Lech Walesa- Mở đầu cho một tiểu sử.
Dobranoc Państwu! Spokojnego snu...!
K jak Kołysanka. Ru con
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 31.07.08
A,a, a - kotki dwa,
szare, bure obydwa.
Nic nie będą robiły,
tylko dziecko bawiły.
Jak się kotki rozigrały,
to dziecinę kołysały.
Jeden szary, drugi bury,
a ten trzeci myk! do dziury.
Żeby tylko jeden był,
to by z dzieckiem mleczko pił.
Mam nadzieję, że wraz z otwarciem tej strony macie już okazję słuchać kołysanki wietnamskiej, tej popularnej, ludowej jak wasze (i nasze) A, a, a, kotki dwa...Czy wietnamska kołysanka jest inna od polskiej? Jak sądzicie? Ja w tej kwestii powiem, że i naród wietnamski i naród polski usypia swoje dzieci powolnymi, cichymi anapestami!
Zaśpiewaj, czytelniku, po polsku i po wietnamsku:
A, a, a
kotki dwa
oraz
Ả à ời
ả à ơi
Naprawdę brzmi to identycznie! Wprawdzie to niecała kołysanka, ale to rytm wprowadzający, ba, przewodni, główny, najważniejszy, powtarzający się w całej kołysance. Całe następne zwroty nie są przecież ważne! Właśnie dzieciątko smacznie śpi.
Ả à ời
ả à ơi
Cái cò, cái vạc, cái nông?
Sao mày dẫm lúa nhà ông, hỡi cò!
Không không tôi đứng trên bờ
Mẹ con nhà (cái) Vạc đổ ngờ cho tôi!
Ả à ời
ả à ơi
Chẳng tin thì ông đi đôi
Mẹ con nhà nó còn ngồi đây kia!
Ả à ời
ả à ơi
Oto próba przetłumaczenia na polski w moim wykonaniu wraz z komentarzem:
A, a, a!
(właściwie ả à ời!)
Bocian, Czapla czy Żuraw?
(chłop zastanawia się)
Bocianie, czemuś ty deptał moje poletko ryżowe?
(chłop na chybił trafił i zadał uprzejme pytanie)
Nie! Nie! Stałem na brzegu
(bocian nie przyznaje się w ogóle!)
Czapla matka wraz z dzieckiem zwalały to na mnie!
(bocian byle jak się tłumaczy)
A, a, a!
Jak nie wierzysz, panie, to chodź ze mną!
One gdzieś jeszcze tam siedzą!
A, a, a!
A chłop zadowala się tym wyjaśnieniem i wraca do swoich codziennych prac na roli! Jaki sielankowy obraz wiejski! Pełny spokoju i harmonii! Rozmawiają spokojnie między sobą różne gatunki, które niekiedy mają sprzeczne interesy. Ba, bywają sobie wrogami! I nie wiemy w końcu kto ciut ciut uszkodził pole ryżowe wietnamskiego chłopa! A może wiemy doskonale, ale nie chce my wiedzieć. Tak już jest! Tak ma być między gatunkami!
Tak samo jest w „A a a, kotki dwa”. Przecież jeden bury jeden szary, czy ważny który? Może i jest szary i bury! A trzeci tak szybko znika, że nie jest opisany! A czy to ważne? Wszystko jedno, dziecina nasza ma się zasnąć i zaraz zaśnie. Więc jeśli treść kołysanki ma być ważna, to ważna jest tylko dla śpiewającej ją matki i dorosłych bądź nieśpijących ludzi ją otaczających.
Dziecinko, zaśnij!
Ngủ đi con, hãy ngủ đi con!
Wracając do anapestów to od razu powiem, że w języku wietnamskim jest ich cała masa! Jednak najpierw, co to jest anapest? O anapeście możemy poczytać w wikipedii: „Anapest (gr. anápaiston) w metryce iloczasowej (wersyfikacji antycznej- mój przypis- z Encyklopedii Gazety Wyborczej- ndq) to stopa metryczna składająca się z trzech sylab: dwóch krótkich i jednej długiej. W wierszach polskich odpowiednikiem anapestu jest sekwencja składająca się z dwóch sylab nieakcentowanych i jednej akcentowanej . W polszczyźnie nie ma wyrazów będących naturalnymi anapestami, bardzo nieliczne są też zestroje akcentowe o anapestycznym układzie sylab (np. i do dna), więc stopę tę tworzy się dzięki odpowiedniemu łączeniu wyrazów w szyku zdania, jak w pierwszym wersie wiersza Leśmiana Zielona godzina (I):
Rozechwiały się szumne gałęzi wahadła.
(Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Anapest).
Tyle nieco encyklopedyczna wiedza o anapestach, dostępna jest w Internecie. Już wiemy co to jest i wiemy, że mało jest anapestów w polszczyźnie a jest ich dużo w języku wietnamskim. Bo właśnie język wietnamski jest językiem jednosylabowym, tworzyć anapesty nie jest żadną sztuką, wystarczy wybrać trzy słowa i mamy zestrój anapestyczny np.:
Tình tính tang
Tang tính tình!
Poczytajmy słowa ludowej piosenki wietnamskiej z gatunku wietnamskiego folkloru Quan họ (i posłuchajmy) :
Cây trúc xinh
tang tình là
cây trúc mọc. (ref)
Qua lới nọ
như bờ ao
Chị hai xinh
tang tình là
chị hai đứng
đứng nơi nào
(qua lới) như cũng xinh
Đứng (đứng) nơi nào
(qua lới) như cũng xinh
Ref
Qua lới nọ
như bên đình
Chị hai xinh
tang tình là
chị hai đứng
đứng một mình
(qua lới) như cũng xinh
Đứng (đứng) một mình
(qua lới) như cũng xinh
Ref
Qua lới nọ
như bờ ao
Chị hai xinh
tang tình là
chị hai đứng
đứng nơi nào
(qua lới) như cũng xinh
Đứng (đứng) nơi nào
(qua lới) như cũng xinh
Ref
Qua lới nọ
như bên đình
Chị hai xinh
tang tình là
chị hai đứng
đứng một mình
(qua lới) như cũng xinh
Đứng (đứng) một mình
(qua lới) như cũng xinh
W wersji pełnej mamy jeszcze
Cây (i) trúc xinh,
tang tình là
cây trúc mọc
Qua (i) lối nọ (i)
cơn mưa rào
Lòng tôi yêu
tang tình là
chị hai có
có dạ nào
(qua lối) như làm ngơ!
W tym wierszu anapesty są nieco szybsze niż w kołysankach i przez to weselsze, radośniejsze, pobudzają do zabawy. Po polsku i mamy takie, zwłaszcza w piosenkach dla dzieci:
hopsasa, hopsasa
trututu, trututu
lululu, lululu
ojojoj, ojojoj
bim, bam, bom, bim, bam, bom.
Hu ! Hu ! Ha ! Hu ! Hu ! Ha !
Pamiętajmy przy tym, że w starożytnej Grecji anapesty były używane w pieśniach marszowych. Pobudzały one do żwawego, równego marszu. Słyszymy więc ta-ta-tam, ta-ta-tam i pa-ta-taj, pa-ta-taj.
A potem "anapesty były najczęściej używane w tragedii greckiej w pieśniach chóru lub w partiach lirycznych". I nie wiem, drodzy czytelnicy, czy grecka kultura miała wpływ na wietnamską, ale mamy anapesty wietnamskie, ciche, powolne i melancholijne- w pieśniach tragedii wietnamskiej, w partiach lirycznych. I w kołysankach!
Ơ ầu ơi
Con ơi!
Con ngủ đi con
Cha con còn bận
Ơ, ơ, ơ
Cha con còn bận
Nước non chưa về
Gió mùa thu
Mẹ ru mà con ngủ
Năm canh chày
(Là) năm canh chày
Thức đủ vừa năm
Hỡi chàng (chàng) ơi
Hỡi người (người) ơi
Em nhớ tới chàng
Em nhớ tới chàng
Hãy nín (nín) đi con
Hãy ngủ (ngủ) đi con
Con hời mà con hỡi
Con hỡi con hời
Con hỡi con hời hỡi con
(w innej, pełnej wersji jeszcze)
Chí làm trai
Mê say yêu nước
Em nỡ dạ nào
Trách mối tình ai
Zanim poczytacie przetłumaczenie słowa tej kołysanki muszę wam powiedzieć, że jesienią w Wietnamie wciąż jest gorąco a jesień na Południu Wietnamu (bo to jest kołysanka ludowa według folkloru właśnie z tej części Wietnamu: Nam Bộ) ma wymiar tylko symboliczny, literacki, poetycki. I śpiewając kołysankę wietnamska matka ciągle musi wachlować. Jak jest za gorąco to wrażliwe dziecko- jakim ja byłem, a może wciąż jestem- się obudzi…
A, a, a
Ơ, ầu, ơi
Dziecinko moje! Zaśnij, dziecinko!
Twój ojciec spełnia obowiązki wobec ojczyzny
Dlatego nie ma go z nami
Jesienna bryza (wieje)
Śpiewam Ci kołysankę
Byś spało, dziecinko
Przez całą, długą noc
Przez całą, długą noc
Ja nie śpię
Kochany mężu!
Kochany mężu!
Tęsknię za Tobą
Tęsknię do Ciebie
Przestań płakać, dziecinko!
Zaśnij, dziecinko!
Dzieciątko moje, dzieciątko moje!
Obowiązkiem mężczyzny
Bycie patriotą
Bycie mężczyzną
Spełnić obowiązki wobec ojczyzny
Czyż mam sumienie
Skarżyć się na twoją miłość
I naszą rozłąkę?
Kochany mój
Kochany mój
***
Czyż nie jest to ciężka dola samotnej Matki- Wietnamki?
Czyż nie jest to świadectwa tragedii wietnamskiej wiecznych wojen obronnych?
Drodzy Czytelnicy!
Mam wielkie szczęście rozumieć nie tylko kołysankę polską, ale i także wietnamską. Słuchaniu tej wietnamskiej kołysanki zawsze towarzyszy mi smutek, nostalgia i tęsknota. Ogarnia mnie tęsknota za dzieciństwem.
Dzieciństwem pełnym cudownych kołysanek.
Tęsknota za swoją matką.
Która od sześciu lat mnie nie widzi na oczy.
Która o moje szczęście ciągle troszczy!
Martwi się o nie!
Martwi się o mnie!
©danchimviet.com
C jak Cejrowski W. W.C.
- Tác Giả Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 29.07.08
W jednym bloku z Cejrowskim
Dnia 11-tego stycznia 1997 miałem okazję stanąć twarzą w twarz z Naczelnym Kowbojem Rzeczypospolitej, panem W.C., jadąc wspólnie windą. W bloku piętnastopiętrowym na pierwsze piętro zazwyczaj chodzę po schodach. Tym razem nosiłem ciężki akumulator dla swojego szefa, zamieszkałego właśnie w jednym z bloków osiedla Za Żelazną Bramą- osiedle zamieszkałe przez żydów polskich przed Drugą Wojna Światową. Wojciech Cejrowski. Wikipedia

Ngô Nhân Dụng, znany dziennikarz wietnamski z USA, odwiedza osiedle Za Żelazną Bramą, śladem warszawskich żydów bohaterów Isaaca Singera. Jego przewodnikiem był Jan Jagielski z Żydowskiego Instytutu Historycznego. Ảnh: Ngô Đăng Quang
-Proszę- mówi cowboy zapraszając do korzystania z wspólnej windy. -Dziękuję!- uśmiechnąłem, odmawiając stanowczo.
-Co to znaczy „dziękuję”? Chodź!- kazał cowboy- nie będziemy dwa razy płacić za prąd!
Wszedłem do drugiej windy, mimo że nie miałem najmniejszej ochoty jego prowokować.
Wybiegł z windy i przytrzymując drzwi drugiej windy kazał dziewczynie- owej mówiącej po angielsku osobie- dołączyć do mnie. No dobrze- pomyślałem sobie, może nie wie, że chcę go uniknąć jak największej zarazy. Ruszyła winda.
- Tutaj w Polsce żółtek nie będzie nam kazał dwa razy płacić za prąd!
- Co za słownictwo!
- Polskie! Jak się nie podoba to wracaj tam, skąd przyjechałeś!
Słowa z ust człowieka zza srebrnego ekranu i którego nazwisko widnieje na pierwszych stronach gazet? Nie spodziewałem się.
Za chamstwo płacić chamstwem, choć to niezgodne z naturą buddyzmu:
- Idiota!- krzyknąłem głośno- co za cham! Zaczerwienił się niezmiernie i zaskoczony moimi słowami coś tam bąknął dziewczynie pod nosem. Tak się zdenerwowałem, że zapomniałem dodać:- skończony!- przecież jego WC Kwadrans był już zdjęty z anteny TVP a w ogóle nie pamiętam go z „Non Stop Koloru”.
Winda zatrzymała się na pierwszym piętrze, wyszedłem ucieszony tym, że „idiota” był zrozumiały także dla osoby jemu towarzyszącej, mówiącej po angielsku.
Tak brzmi prawie oryginalna notatka ze spotkania pierwszego stopnia z Naczelnym Kowbojem RP, zapisana w pierwszym moim komputerze. Ten z kolorowym monitorem, co kosztował mnie majątek, z kolej był przywłaszczony (tzw. przywłaszczenie cudzego mienia, czyli pożyczył i nie oddał) przez innego, znajomego mi Polaka wraz z oryginałem tej notatki. Mogłem teraz ją odtworzyć tylko dzięki temu, że wysyłałem ją jako faks prosto z mojego komputera do znajomego. Z wyblakłego druku faksowego, z zniekształconymi literami, redagowałem powyższy tekst. I jak dotąd było to jedyne moje spotkanie twarzą w twarz z tym znanym katolem i homofobem…
Czas łagodzi obyczaje. Czy w naszej Rzeczypospolitej jest coraz mniej, czy coraz więcej ciemnogrodów? Nie wiem, może wiecie- zwłaszcza Czwarta już była?!- to odpowiedźcie. 10 lat i oblicze się zmieniły…Naczelny Kowboj RP spoważniał, zmądrzał, zestarzał się niezmiernie, mimo że jest moim rówieśnikiem! Sezon zimowy 2007-2008 jego „Boso przez świat” oglądałem już z zaciekawieniem. I właśnie leci teraz w TVP 2 jego wydanie wakacyjne, czyli filmy nakręcone sprzed kilka dekad wcześniej przez filmowca, podróżnika Szwarca- Bronikowskiego a przerwane gdzie niegdzie komentarzami WC. (Czy to się nazywa przywłaszczenie cudzego dorobku?):
- Biały człowiek co jakiś czas dziczeje- zauważyli państwo? Zaczynał uprawiać wielożeństwo, z którego się wycofał. Rozbiera się w miejscach publicznych. Odurza się substancjami, tańczy w jakich, takich amokach. Skąd w nas to jest?- I odpowiada sobie WC- z czasów pradawnych, kiedy byliśmy jeszcze w raju, we wspólnotach plemiennych, takich komunach. Wtedy wsadzał piórka w nosie, przebijał różne części głowy. Zajrzymy na Nową Gwinea. W 69-tym roku tam były jeszcze dzikie plemiona jakże przypominające nas białych ludzi współczesnych!
Brzmi to przekonująco i obiecująco. Z niego jeszcze nie tylko Stanisław Szwarc-Bronikowski ale i Bronisław Malinowski! Jako mieszkaniec Europy bardzo sobie życzę, aby biały człowiek się zdziczał. W tym mój interes!.. Przecież na tym polega wolność jednostki. Zresztą nie tylko…
- Wielożeństwo u białego człowieka jest oznaką zdziczenia- ciągnie dalej WC. Cofamy się w rozwoju. Mieliśmy już napisane w piśmie świętym, że mamy jedną tylko żonę. Cofamy się i nagle mamy znowu kilka…
No nie, wielożeństwo- u kogokolwiek by nie było- jest oznaką wielmożności, rangi, prestiżu męzczyny, wszechstronnego poradzenia się z otaczającym się światem, potencji, jako takiej i (lub) finansowej...
No i bohater mojego alfabetu polskiego podsumuje odcinek „Boso przez świat” w wydaniu wakacyjnym:
- Kiedy dziki człowiek robi sobie dziurę w nosie i wsadza piórko, albo coś przywiesza do uszu, albo kiedy cały tatuuje to jest naturalne i potrzebne. On ma np. groźnie wyglądać po to, aby ochronić swoją wioskę przed atakiem innego, dzikiego plemienia….Kiedy natomiast biały człowiek się nabija kolczyków w język albo włosy wymaluje błotem na czerwono, to jest po prostu jest dzikiem głupkiem!
No to wszystko wiadome na koniec. Z niego żaden Malinowski. Po prostu katolicka poprawność. Albo PiSowska poprawność Telewizji z Misją Edukacyjną! I wiem dlaczego moi młodzi znajomi- niekiedy z kończykami w nosie, na języku i brwiach, tańczący niekiedy w jakichś, takich amokach- nie płacą abonamentu radio-telewizyjnego. I zdaje się, że żądanie zniesienia obowiązku płacenia tego abonamentu jest uzasadnione. Chyba że Radiokomitet twierdzi inaczej:- Nie do zniesienia!
A kiedy Lewica (skoro nie ma LPRu i Samoobrony) spółkuje z PiSem to wszystko będzie możliwe!
Amen!
PS: - oglądajcie tu Pogrom Kielecki
http://www.youtube.com/watch?v=yHyQUodK2JY








