Dalszy ciąg Dziesięciolecia Stadionu
W połowie lat 90. pewnego dnia więc wróciłem do Warszawy z królewskiego miasta Krakowa pełen umartwień i kompleksów . Moi znajomi, którzy zaczęli handel w tym samym czasie, posiadali już znaczny Kapitał. Zajmowali się poważnym importem towarów z zagranicy, prowadzili handel hurtowy. Na bazarach pracowali ich kuzyni i dalsze rodziny. A ja wciąż sam, jak Kazik z piosenki Kabaretu Starszych Panów, z bardzo niskim stanem posiadania, czyli z tak bardzo ważnym- gdziekolwiek i kiedykolwiek- kapitałem początkowym. I jak to się ładnie mówi po polsku z trudem wiązałem koniec z końcem. Zazwyczaj, jeśli mężczyzna nie interesuje się biznesem to interesuje się polityką. W moim przypadku można było to ująć trochę inaczej: nie potrafiłem zająć się na poważnie biznesem, zająłem się więc działaniami opozycyjnymi! Od 2003 roku pracuję jako redaktor i autor w Đàn Chim Việt – piśmie opozycji wietnamskiej, które wydawane było w Warszawie. Jestem jednym z członków Stada Wietnamskich Ptaków. Od tego czasu, trên Sân- na Stadionie zwano mnie dziennikarzem i wręcz pokazywano palcem, co mi tylko utrudniało prowadzenie interesu. Poza tym co to za dziennikarstwo! Każdy by potrafił napisać parę artykułów w opozycyjnym czasopiśmie. Nie dostawałem żadnego honorarium ani za teksty, ani za przekłady z Gazety Wyborczej. Ba, nawet musiałem wyłożyć swoje oszczędności na ich publikację! Całkiem niedochodowa amatorszczyzna.
 |
Krzykliwe kolory szyldu budek, barów wietnamskich w Warszawie były krytykowane przez dziennikarzy. Jednak jest to bardzo rzucające się w oczy połączenie kolorów. Kiedy Polacy zaczęli stosować te kolory w reklamach i szyldach to budy i bary wietnamskie zaczęły znikać z panoramy Warszawy ustępując erę kebabów. Skandal z psim mięsem na Stadionie Dziesięciolecia, rozdmuchany niesprawiedliwie przez polskie media przyczyniły do tego. Ten skandal to też mój początek przygody- nieszczęścia z opozycją wietnamską na obczyźnie. Ảnh:- Ngô Đăng Quang
|
Historia powstania tego czasopisma była też ściśle związana ze Stadionem. Jeden z jego założycieli nie mógł znieść wiersza na cześć Partii wydrukowanego w biuletynie wydanym przez Ambasadę Wietnamską. Wiersz ten, nawet w partyjnej gazecie, był wyjątkowym archaizmem. Bezwstydnie służalczy, pompatycznie sławił Partię i jej wątpliwy dorobek. Mój kolega, doktorant chemii, ale i dobrze zapowiadający się biznesmen, napisał krótki felieton pełen ironii i krytyki. Powielił go na ksero i rozdawał w formie ulotek na Stadionie. Nasi kupcy chwytali je jako rzecz bardzo odważną i bezprecedensową. Ukazał się więc kolejny egzemplarz, który zmienił się w dwutygodnik i później miesięcznik opozycyjny. Wraz z rozwojem czasopisma i coraz większym moim zaangażowaniem w jego tworzenie, słyszałem coraz więcej Stadion Legends na swój temat, podobnie jak moi nieliczni koledzy redakcyjni. Spotykaliśmy się z coraz częstszym ostracyzmem w środowisku wietnamskim, na Stadionie i w mieście. No cóż, nie ma nic za darmo, nawet na Stadionie. Rzecz tak nieuchwytna jak niezależne wyrażenia poglądów; demokracja czy wolność kosztuje, niekiedy słono. Po zaangażowaniu się w działania opozycyjne nie odwiedzałem rodziny w kraju. Nie chciałem drażnić lwa, władza mogła zatrzymać paszport na kilka miesięcy. Co wtedy stałoby się z moją budką na Stadionie, pełną ciepłych skajowych kurtek? Dziś, jako Polak, od roku nie mogę dostać wizy do Wietnamu, i się na to nie zanosi. Większość moich rodaków nie ma takiego problemu ani takiego dylematu jak ja. Po Bożym Narodzeniu i Nowym Roku, kiedy w handlu jest zastój i zbliża się Tết- wietnamski Nowy Rok, moi pobratymcy masowo jadą na urlop do domu. Rodzina się cieszy, trochę oddechu i wypoczynku przed następną walką o byt na Stadionie. Przyjemne z pożytecznym! Bilety lotnicze drożeją wtedy niemiłosiernie! Żyj i daj innym żyć w Polsce! Oto maksyma naszych warszawskich rodaków pracujących na Stadionie.
 |
Zdjęcie to zrobiłem dnia 16 stycznia 2005 roku z myślą o tym, że do niego napiszę tekst dla swojej redakcji. Takowy tekst po wietnamsku nie powstał, jednak do tekstów napisanych po polsku przeze mnie można wykorzystać to zdjęcie, choćby to, że tutaj się znajduje. Czytelniku, napisz komentarz do niego, do tego zdjęcia, lub wyjaśnienie. Cokolwiek, w mailu do mnie (ngovantuong@op.pl), lub jako komentarz do tego tekstu (nie wszystkie zostaną uwidocznione, zastrzegam sobie takie prawo). (Najbardziej) trafny komentarz (o ile takowy bedzie) zostaje wynagrodzony (przeze mnie. Słowo honoru, przewiduję nagrodę!)
|
Nieraz słyszę pytanie, co stanie się z Wietnamczykami po likwidacji bazaru na Stadionie? Niektórzy wrócą do Wietnamu, nie tylko dlatego że nie mają gdzie. Chcą wychować swoje dzieci na prawdziwych Wietnamczyków. Tak mówili znajomi prowadzący sklep spożywczy na stadionie. Kupili sobie ostatnio piękny dom na Mokotowie. Dwadzieścia lat wcześniej byli gastarbeiterami w Czechosłowacji. Ruszali niebo i ziemię, aby dostać kartę pobytu w Polsce. Wrócili do Hanoi rok temu. Domu jeszcze nie sprzedali. Co się stanie z Wietnamczykami? Ufam w przedsiębiorczość i zdolność adaptacyjną moich rodaków, więc odpowiadam: w Polskę pójdziemy. Wietnamczycy w Ameryce w drugim, trzecim pokoleniu uczą się w szkołach i na uczelniach wietnamskiego jako języka obcego. I wiem, że i moi młodsi rodacy mają w Polsce problemy z językiem ojczystym. Marzy mi się więc wygodna, ciepła posada belfra wietnamskiego. Pana od wietnamskiego! W państwowych szkołach i na uczelniach publicznych. Przecież nie na Stadionie Dziesięciolecia!