Tekst ten został napisany na zamówienie fundacji Laury Palmer oraz Bęc Zmiana, został wydrukowany w ksiazce pod tytułem "Stadion X-miejsce, którego nie było", którą od dziś mozna kupić w księgarniach
Pierwsza Część: Wprowadzenie
Tak jak Janusz Józefowicz pochodzę z prowincji. W każdym razie o tym znanym i wchodzącym na warszawską scenę tancerzu, choreografie, chłopaku z Lublina przeczytałem w czasopiśmie Bestseller w pociągu relacji Szczecin-Świnoujście pewnego dnia w 1991 roku. Kursowałem tą trasą na bazar w Świnoujściu. Nie chciałem handlować w Szczecinie, gdzie kilka miesięcy wcześniej skończyłem studia i gdzie znało mnie wiele osób. Spaliłbym się ze wstydu, jeśli ktoś zobaczył świeżo upieczonego magistra inżyniera sterczącego na ubitej ziemi na placyku handlowym. Nigdy do tej pory nie musiałem zarabiać na życie. Przez siedem lat byłem stypendystą rządu PRL-u. Nie było to stypendium głodowe, a trzy trzecie wynagrodzenia asystenta. Akademik był za darmo, raz w miesiącu zmiana pościeli, a bywało, że i rolka papieru toaletowego. Kto żył w PRL ten wie, jakim luksusem był ten towar. Można go było dostać w Pewexie za twardą walutę.
Przyjechałem do Polski w 1983. Na naukę polskiego miałem rok (wcześniej skończyłem kurs przygotowawczy w Wietnamie). Na właściwe studia techniczne miałem 5 lat. Teoretycznie powinienem był ukończyć studia w 1989 roku. Ale wówczas każdy przedłużał sobie maksymalnie czas pobytu w Polsce. Każdy urlop dziekański musiał być zaakceptowany przez odpowiednią komórkę w Ambasadzie Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Tak też było w moim przypadku. Pracę dyplomową obroniłem w październiku 1990. Miesiąc później musiałem wyprowadzić się z akademika, skończyło mi się też stypendium. O powrocie do Wietnamu nikt z nas nie myślał. W Polsce nastał wolny rynek, kartki na produkty żywnościowe zlikwidowano rok wcześniej. Do trudnych transformacji gospodarczych ludność polska musiała szybko się przyzwyczajać, a wraz z nią paręset wietnamskich studentów, doktorantów i absolwentów uczelni wyższych. Nasi obrotni rodacy dostali pozwolenia na wynajem powierzchni w państwowych domach towarowych. Mogli odtąd handlować tak zwanymi artykułami regionalnymi. Dostarczali towary, które nie pochodziły z oficjalnej dystrybucji: pamiątki, drobiazgi, podomki haftowane, przesyłane w paczkach do Polski. Sprawdziło się hasło: Handel to życie! Handel kwitł wszędzie, na bazach, na targowiskach, na przejściu podziemnym, tam i ówdzie. Rynek konsumencki był nienasycony, można było sprzedać wszystko, co było do zaoferowania, i to bez reklam w mediach! Okazało się, że handel obwoźny nie sprawiał trudności ani mnie - inżynierowi mechanikowi, ani moim kolegom hutnikom, metalurgom, górnikom czy matematykom.
Na początku lat 90. moim rewirem były okolice Szczecina, zwłaszcza Świnoujście - miejsce stosunkowo egzotyczne, gdzie miałem metr kwadratowy, żeby rozłożyć stoisko. Z plecakiem pełnym bluzek wyjeżdżałem raniutko pociągiem ze Szczecina. Po kilku godzinach stania w mrozie wracałem z pustą torbą i z saszetką pełną gotówki . Żywa gotówki okazała się niezmiernie potrzebna, była zachętą i motywacją. Mieszkałem wówczas na stancji, miałem pokój do spania i do magazynowania. Po towary jechałem do Warszawy. Zaopatrywałem się początkowo w prywatnych mieszkaniach, wynajętych przez naszych rodaków a później na koronie Stadionu Dziesięciolecia. Na początku lat 90. większość byłych studentów zajmowała się handlem detalicznym. Ci obrotniejsi, którzy wcześniej skończyli studia oraz doktoranci parali się handlem hurtowym w małych pomieszczeniach służących za magazyny. W 1989 powstał Jarmark na Stadionie Dziesięciolecia. Podczas weekendów na koronie odbywał się prawdziwy pchli targ z biletem wstępu.
Oczywiście tak wówczas, jak i teraz, handel nie był tylko domeną Wietnamczyków. Polacy rezygnowali z ciepłych posad państwowych. Jeździli po towary do Turcji, Tajlandii, Chin czy Indii. Jeansy wycieruchy, indyjska biżuteria i ozdoby cieszyły dużym powodzeniem. Naszyjniki, agaty, ametysty i inne kolorowe kamienie półszlachetne leżały na kawałkach nylonu na ziemi na koronie Stadionu. Nikogo nie interesowało, czy nabywcami są Polacy czy Wietnamczycy. Chwała tolerancyjnym importerom polskim! Chwała zasadzie wolnego rynku! W ten sposób poszerzaliśmy asortyment, już nie tylko figurki Buddy, haftowane podomki i maszynowo wyszywane bluzki. Bracia i siostry słowianie z Kraju Rad handlowali wówczas byle czymś: grzałką, żelazkiem i mikroskopijnymi maściami z mięty wietnamskiej produkcji, sławetnymi w zimnej Rosji i innych republikach radzieckich, z żółtą gwiazdą na wieczku. Czy tak właśnie definiuje się „reeksport”? Nie znam się na ekonomii, ale wiem, że ten sam Pewex, w którym sprzedawano kolorowy papier toaletowy za twardą walutę to skrót od „Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego”. Dzięki Bogu, pewne rzeczy już mamy za sobą…
 |
| Volkswagen Jetta, pierwszy samochód w moim zyciu |
Po roku intensywnego handlu obwoźnego na prowincji, któremu towarzyszyły zawsze liczne rozważania filozoficzne nad pracą zarobkową, kupiłem używany samochód sprowadzony do Polski z Niemiec. I przeprowadziłem się do stolicy. Z oszczędności wynajmowałem sympatyczne, małe mieszkanko w samym centrum Warszawy, na Kruczej. Co jakiś czas jechałem na Stadion aby rozważyć możliwość handlowania tam. Wietnamczyków było wówczas niewielu, starczyłoby i miejsca dla mnie. Jednak dla mnie- chłopaka ze Szczecina - Stadion był za wielki, czułem się w nim zagubiony. Po kilku miesiącach egzystencjalnych rozważań, za namową kolegów magistrów inżynierów hutników i metalurgów przeprowadziłem się tym razem do Krakowa. Handel na bazarach w Oświęcimie, Tarnowie czy Nowym Targu to była czysta przyjemność, w gronie samych magistrów, doktorów i inżynierów.
Bazar na koronie Stadionu Dziesięciolecia rozrastał wraz z napływem Wietnamczyków z byłego NRD, Czechosłowacji, ZSRR i Bułgarii i oczywiście z samego Wietnamu. Gastarbeiterzy wietnamscy z
dawnego bloku sowieckiego bardzo cenili polską wolność (i tak zwaną wolną amerykankę) oraz polską gościnność, życzliwość polskich klientów i kochliwość Polek i Polaków. Lê Hoa- studentka z mojego roku, tzc. z Wyższej Szkoły Języków Obcych w Thanh Xuân- Hanoi, gdzie 13 lat wcześniej ja uczyłem się polskiego a ona bułgarskiego- w drugiej lat 90. już importowała biżuterię z Korei Południowej. Wcześniej zdążyła poślubić Polaka pracującego w Bułgarii…No i dobrze, Wietnamczycy z innych krajów, czy byli studenci i doktoranci, czy gastarbeiterzy wzmocnili wietnamską konkurencję w walce z tubylcami i braćmi słowiańskimi w Polsce… Polski rynek wzięty! Bazary powstające na błoniach Stadionu Dziesięciolecia należały do Wietnamczyków. Bazar Stadion czyli chợ SVD, trên Sân znany jest w całym Wietnamie i wśród społeczności Wietnamczyków rozsianych na całym świecie. Kilka lat później, kiedy wróciłem z Krakowa do Warszawy, redaktor Urban, wówczas redaktor naczelny tygodnika „Nie” pisał:- „Skośne oko konia tuczy!” A tuczy, tuczy! I to nie tylko konie polskie! Gdyby skośne oko nie tuczyło, nie mielibyśmy bazaru na błoniach a przy Zamoyskiego nie mielibyśmy Nhà Trắng (Białego Domu) - jak słusznie i ironicznie nazwali Wietnamczycy ten skrawek ziemi z białymi, prowizorycznymi budami. To nie był byle jaki adres! Niejeden Wietnamczyk zrobił tu fortunę dzięki sprzedaży kurtek ze sztucznej skóry z Chin. Sam widziałem jak młodzi Włosi je kupowali i wieźli do Niemiec, gdzie je odsprzedawali jako wyroby ze skóry. Mieli świetne przebicie. Reeksport w czystej postaci!
*****
CDN
*****
 |
autorzy tekstów: Ngô Văn Tưởng, Claire Bishop, Sebastian Cichocki, Benjamin Cope, Halina Galera, Ewa Majewska, Pascal Nicolas-Le Strat, Warren Niesłuchowski, Marek Ostrowski, Grzegorz Piątek, Cezary Polak, Anda Rottenberg, Roland Schöny, Pit Schultz, Tomasz Stawiszyński, Barbara Sudnik-Wójcikowska, Stach Szabłowski,
Zdjęcia: Mikołaj Długosz, Christophe Gaillard, Jerzy Kosiński/NCS, Damazy Kwiatkowski/PAP, Marta Pruska, Marta Orlik, Marek Ostrowski, Tomasz Pasternak, Albert Zawada/Gazeta
Wydawcy:
Fundacja Bęc Zmiana
Korporacja Ha!art
Redakcja Joanna Warsza
Projekt graficzny René Wawrzkiewicz
Zdjęcie na okładce Mikołaj Długosz
208 stron, twarda oprawa
książka dwujęzyczna
Papier Arctic Volume Ivory 130 gr
Czcionka NaomiSans oraz Swiss911
ISBN 978-83-61407-84-3
ISBN 978-83-925107-2-7
cena 49 zł