Z końcem października br. wojska polskie wycofują z Iraku. Wcześniej, czwartego października w bazie Echo w Diwanii odbyła się oficjalna ceremonia zakończenia działań polskiego kontyngentu wojskowego misji w Iraku. Pewien etap w swojej historii misji wojsk za granicą Polska miała za sobą. A zaczęło się to wszystko wiosną 2003 roku. Gazeta Wyborcza w wydaniu świątecznym Sobota- niedziela 29-30 marca tego roku wydrukowała artykuł pod tytułem „My, zdrajcy” autorstwa redaktor naczelnego Adama Michnika. Artykuł stanowił niejako odpowiedź na tekstu Christiana Semlera na łamach „Die Tageszeitung” z 8 marca 2003 roku, którego fragment był także wydrukowany w tym samym numerze Gazety Wyborczej. Oto fragment fragmentu artykułu „ ZDRADA TRZECH MĘDRCÓW”:- Vaclav Havel, Adam Michnik i Gyorgy Konrad- to trzej działacze ruchów demokratycznych w czasach schyłkowego realnego socjalizmu. A zarazem trzej intelektualiści, którzy dzięki swojej oryginalności i niezależności wywierali w ciągu minionych dwóch dziesięcioleci głęboki wpływ na zachodnie elity intelektualne. „Doświadczenie totalitarne” uczuliło ich na kwestię polityki podporządkowanej uniwersalnym prawom człowieka. A teraz Konrad, Michnik i Havel niezależnie od siebie publicznie występują jako zwolennicy amerykańskiej polityki wobec Iraku i opowiadają się za wojną” A oto fragment artykułu „My, zdrajcy”:- Spoglądając na walące się wieże Word Trade Center, zrozumiałem, że świat stanął w obliczu nowego wyzwania totalitarnego. Przemoc, fanatyzm i kłamstwo rzuciły wyzwanie wartościom demokratycznym. Dlatego sądzę, że obalenie tyrana, który wspiera terroryzm i dąży do posiadania broni masowej zagłady, jest uzasadnione”. Pięć lat minęło, można inaczej spojrzeć na wszystko, pod innym kątem, z dystansem…
Dalszy ciąg "W jak Wojna. Wojna w Iraku"
Wietnamczycy lubią legendy i symbole, żyją nimi. W latach osiemdziesiątych, kiedy w Polsce wybuchały niezliczone strajki, to z Wietnamu wylewały się niezliczone fale uciekinierów. Wielu ludzi straciło życie podczas tych ucieczek. Powstała legenda, że można dostrzec na skorupce wielkiego morskiego kraba twarz ludzką, twarze tych ludzi, którzy zginęli w morzu . Jakiś autorytet naukowy wyjaśniał na łamach państwowej, partyjnej gazety, że to czysta fantazja, wolne skojarzenia wyobraźni. Mnie nie przekonał. Ta legenda i cichy szum morski zawsze brzmi w moich uszach jako najsmutniejsza pieśń o duszach tych ludzi, o ludzkim losie.
 |
| Số đỏ Vu Trong Phunga przetłumaczony na angielski przez Petera Zinomana i Nguyen Nguyet Cam. Nguồn:www.amazon.com |
I ta legenda i ta lalka o blond włosach uratowała naród wietnamski od totalnego zniewolenia, od wszechobecnej, wstrętnej propagandy. Propagandy o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, o nieskazitelnym morale Wujka Ho, o Partii, o sukcesach kolejnych planów trzyletnich, pięcioletnich…I właśnie „te kolejne sukcesy” zdecydowały, że żaden Wietnamczyk, czy to naukowiec, czy rolniczka, czy matka, której synowie zginęli na wojnie, nie mają urazu do Amerykanów. Wszyscy Amerykanie, czy to weteran, czy dziennikarz, czy turysta, którzy mieli możliwości podróżowania po Wietnamie, na pewno to potwierdzą. Doświadczali czegoś odmiennego, przyjaźni i uwielbienia. I na to zasługują, bo nikt inny tak nie rozpowszechnia historię, kulturę, literaturę Wietnamu i to bez zakłamania, jak Amerykanie. Zakazane dzieła pisarza Vu Trong Phung, który zmarł przed rokiem 1945, przed powstaniem dzisiejszego, komunistycznego Wietnamu od niedawna dopiero zostały ponowne wydane. Stało się to dzięki upartemu zainteresowaniu amerykańskiego badacza literatury wietnamskiej. Przetłumaczony na angielski przez Johna Balabana, weterana wojny wietnamskiej tomik „ Spring Essence” osiemnastowiecznej poetki Ho Xuan Huong był dużym wydarzeniem wydawniczym w Ameryce. Internetowa strona instytutu filologii wietnamskiej amerykańskiego uniwersytetu ( Appalachian State University) dostarcza mi więcej wiedzy niż oficjalne podręczniki języka wietnamskiego pełne indoktrynacji, zapchane tekstami o Wujku Ho, o „Vo-lo-dia” czyli o pewnym znanym Włodzimierzu - jakim on był chłopcem! I tu biję na alarm! Z tych podręczników uczą się dzieci wietnamskie i polskie (z małżeństw mieszanych, polsko - wietnamskich) w szkole języka wietnamskiego w Warszawie, prowadzonej przez mojego oportunistycznego rodaka. Nie będę prosił, aby polskie władze oświatowe nakazały wycofanie tych podręczników. Apeluję do nich i do sponsorów, aby ten dyrektor mógł nabyć inne podręczniki - z Niemiec, czy z Ameryki. Apeluję też do swojego kolegi, aby zechciał to zrobić. Trochę cywilnej odwagi, kolego!
Jak widać, wietnamski reżim komunistyczny ma się dobrze. Wszelkie działania opozycyjne zostały zlikwidowane w zarodku. Generał Tran Do, żołnierz dwóch wojen, długoletni członek partii, zwolennik wolności słowa i pluralizmu partyjnego był prześladowany nie tylko za życia. Na jego pogrzebie ocenzurowane były kondolencje, wyrwano niektóre strony z księgi kondolencji, usunięte zostały słowa „generał”, „z głębokim żalem”… z napisów na wieńcach. Podłość i nikczemność władzy na tym pogrzebie budziły ogromny gniew kolegów i towarzyszy broni zmarłego. W szlochu przez telefon komórkowy opowiadali pewnej opozycyjnej organizacji wietnamskiej z zagranicy przebieg pogrzebu. Bili brawo, kiedy najstarszy syn zmarłego czytał oświadczenie rodziny, że nie przyjmuje do wiadomości zdania zawartego w przemówieniu przedstawiciela władzy, jakoby jego ojciec „popełnił pod koniec życia pewne błędy”. I ci żałobnicy nie uniknęli prześladowania i aresztowania mimo, że niektórzy z nich byli już w wieku 70, a nawet 80 lat. Przykładów jest więcej. Chorowity Le Chi Quang, były robotnik w byłej Czechosłowacji po napisaniu i rozpowszechnieniu w Internecie kilku artykułów o demokracji i prawach człowieka został skazany na cztery lata więzienia. Jest traktowany jako groźny kryminalista, bez odpowiedniej opieki lekarskiej, ograniczano liczbę wizyt do jednej na kilka miesięcy.
Gospodarka rynkowa pod komunistyczną dyktaturą pewnej grupy ludzi wytwarza chory produkt, chore i dzikie społeczeństwo pełne „ zakłamania, konformizmu, tchórzostwa i apatii”. Hipokryzja bezwzględnych ludzi aparatu władzy sięga zenitu. Dramaturdzy wietnamscy nie muszą (i tak im nie wolno!) pisać sztuk teatru absurdu. Dzieje on się na co dzień, we wszystkich dziedzinach życia. Miliony ludzi żyją w skrajnej nędzy. Rodziców nie stać na wysyłanie dzieci do szkoły. Gromada dzieciaków oblega turystów, nie tylko tych z Zachodu, oferując do sprzedaży kupony loterii, papierosy, gumy do żucia. Pamiętam dokładnie słowa, z którymi zwracały się do mnie:- „Panie, bądź łaskaw, kup ode mnie te amerykańskie gumy. Zlituj się nade mną, panie!”
Trzydzieści parę lat temu patriotyczne piosenki płynące z głośników stanowiły dla mnie ogromną atrakcję. Rok temu, kiedy byłem na mojej rodzinnej wsi, to te same piosenki, te same słowa propagandy, puszczone z głośników rozgłośni wiejskiego komitetu ludowego były dla mnie już nie do zniesienia. Nic dziwnego, że autor kontrowersyjnej książki po wietnamsku, wydanej w Paryżu pod tytułem „Tổ Quốc ăn năn” (Ojczyzna pokutuje) pisze, że w Wietnamie nie ma już ptaków, zostały zagłuszane, zabite, zjedzone. Że słysząc pewnego dnia śpiew ptaka skoczył z radości i zaskoczenia!
Trzydzieści pięć lat temu generałowie północnego wojska rozpoczęli zbrojny atak (zwany później „operacją Tet Mau Than 68” na miasta Południa w czasie Świąt Wiosny, czyli Nowego Roku kalendarza księżycowego, największych ze wszystkich świąt. Nie będę potępiać takiego czynu. To były taktyki wojenne, można sobie tak wytłumaczyć. Poza tym, wszak jestem z tej właściwej, zwycięskiej strony. Ale rok temu, kiedy w drugim dniu tego święta kierowca autobusu i jego pomocnik bez przerwy krzyczeli na pasażerów, przeklinali, traktowali ich jako własnych więźniów, własnych zakładników, długo w milczeniu nie mogłem siedzieć. Wstałem i głośno potępiałem ich. Mało brakowało, aby doszło do rękoczynów. Usiadłem, skulony, zaszczuty mimo, że to dopiero mong hai Tet, drugi dzień świąt. Gdzieś znikł nastrój świąteczny. Powiedziałem do mojego nastoletniego bratanka, tego, który się urodził w Hongkongu: - „ nie bój się, nic nie mogą nam zrobić”. Raczej aby sam się uspokoić. Czuliśmy się naprawdę bezpieczni dopiero wtedy, kiedy wysiedliśmy z autobusu. Rok później, w styczniu tego roku, z wietnamskich, oficjalnych stron internetowych dowiedziałem się o zabójstwie pasażera autobusu, który nie chciał spożywać posiłku w przydrożnym lokalu, przy którym kierowca w zmowie z właścicielem knajpy specjalnie się zatrzymał. Ten pasażer nie chciał przepłacać (zazwyczaj 5-10 razy więcej niż gdzie indziej). Zapłacił życiem. Od dawna funkcjonuje termin na takie posiłki - com tu, posiłek więzienny, posiłek więźnia. Nie wiedziałem o tym rok temu, kiedy podróżowałem po Wietnamie.
Ten kryzys społeczny, moralny i duchowy społeczeństwa jest dostrzegany także przez turystów polskich odwiedzających Wietnam. Teksty zwierające choć kilka słów o takich zjawiskach, czy to napisane przez panią redaktorkę Witkowską, czy przez turystów -internautów, nigdy nie były przetłumaczone na wietnamski i drukowane w prorządowych, zaprzyjaźnionych z ambasadą gazetach wietnamskich wychodzących w Polsce. Skwapliwie jednak przetłumaczą i drukują „pozytywne” teksty. Ba, nawet zdjęcia, klatkę po klatce z krótkiego felietonu telewizyjnego! Nie byłem zdziwiony, kiedy wybuchł skandal z „psim mięsem”. Napisałem prędko pismo do naczelnego redaktora pewnej stołecznej gazety. A w nim wyjaśniałem, że na pewno nie ma psich składników w potrawach sprzedawanych Polakom, pisałem o etyce dziennikarskiej. Nazajutrz zadzwoniła do mnie dziennikarka zajmująca materiałami z policji, autorka tekstu. Zaprosiła mnie na spotkanie do redakcji. Na tym spotkaniu wyjaśniałem jej jeszcze raz, że na pewno nie zastąpiono cielęciny psim mięsem, kurczaka gołębiem, nie dodano do żadnych potraw mielonych psiego mięsa. I nie tylko o tym. Mówiłem jej o odpowiedzialności za słowa, o etyce dziennikarskiej. Na jej pytania opowiadałem o dyktaturze komunistycznej, o kryzysie społecznym, o reinkarnacji. Powiedziałem jej, że zachodni turysta, aby zrozumieć takie społeczeństwo powinien na nie spojrzeć oczami Ryszarda Kapuścińskiego. Następnego dnia, w sobotę ukazał się artykuł pełny bredni, nieścisłości i kłamstwa. Zrozumiałem, że to nie jest brak wiedzy i ignorancja piszącej, to świadoma kampania. Wysłałem drugie pismo, ale nie dostawałem już żadnej odpowiedzi.
Skandal wycisnął mocne piętno na społeczności Wietnamczyków w Polsce. Moi rodacy byli mimo tego bardzo pokorni wobec polskich mediów. Nie mam im za złe. Ale nie mogę z nimi się zgodzić, kiedy są tak samo pokorni wobec przedstawicieli wietnamskiego aparatu opresji, wobec władzy komunistycznej. Nie rozumiem ich postawy pełnej konformizmu, oportunizmu i tchórzostwa. Powiedziałem sobie „milczenia dość”. Zostałem członkiem redakcyjnego kolegium miesięcznika opozycyjnego „ Dan Chim Viet”, którego do tej pory byłem tylko sympatykiem i jednym z nielicznych czytelników z Polski. W najnowszym numerze, który w tych dniach wychodzi z druku, próbowałem analizować przyczyny, dla których Amerykanie zdecydowali atakować Irak. Piszę o bezpieczeństwie Ameryki i świata w dobie międzynarodowego terroryzmu. Że Amerykanie nie wybaczą żadnemu swojemu prezydentowi, jeśli dopuści do jakiegoś, choć o dużo mniejszej skali, ataku terroryzmu na terenie Ameryki. Piszę o dyktaturach w Kambodży, na Kubie , w Korei Północnej i o tym, że te ustroje dyktatorskie są największą przeszkodą w dążeniu narodów do cywilizacji, do dobrobytu. Piszę, że islam zostaje wykorzystany przez dyktatorów do fanatycznego podporządkowania się obywateli. Dyktatury przynoszą złą sławę islamowi. Na pewno i islam i wspaniała kultura irakijska i babilońska nie zasługują na takie dziedzictwo. Irakijczycy w państwie demokratycznym będą mogli być naprawdę dumni ze swojej kultury, ze swojego, bogatego przecież kraju. Pogratulowałem Irakijczykom powstania takiego postępowego, wolnego, demokratycznego państwa po wojnie. Przepraszam wszystkich Irakijczyków za to, zdaje się, przedwczesne, niestosowne życzenie. Niech mi wybaczą i zrozumieją, że to szczere, z głębokiego serca życzenie. Niech wszystkie irackie matki wybaczą mi, jeśli ich synowie, ucierpieli lub ucierpią, zginęli czy zginą na tej wojnie. Mam nadzieję i z głębi duszy pragnę, aby takich ofiar było jak najmniej.
 |
| Niewątpliwie, powstanie Đàn Chim Việt przyczyniło się do powstania silnego, wietnamskiego ośrodka opozycyjnego w Polsce. Na zdjęciu: pamiątkowa fotografia uczestników Konferencji o prawach robotników w Wietnamie, odbywającej się w Sejmie. Powstał z tej okazji Wietnamski KOR. Ảnh: Ngô Đăng Quang |
Wojna wietnamska była bolesną, tragiczną lekcją nie tylko dla Amerykanów. Przy każdym konflikcie zbrojnym Stanów Zjednoczonych z innym krajem jest wymieniana, wykorzystana jako ostrzeżenie dla Amerykanów. Moim zdaniem, nie zawsze słusznie. Powinna być ostrzeżeniem także dla drugiej strony konfliktu. Dodaję jednocześnie, że dalekie mi jest bezkrytyczne uwielbienie i idealizacja Ameryki. I niech żaden kraj nie zostaje drugim Wietnamem! We wspomnianym już numerze naszego miesięcznika piszę w innym artykule o „wyczerpanej eksploatacji” i wykorzystaniu przez władzę komunistyczną wietnamskiego poczucia dumy z tej zwycięskiej wojny. Podkreśliłem:- „ idiotycznej dumy”. Jestem pacyfistą. Jestem człowiekiem o lewicowych poglądach, zwolennikiem opiekuńczego państwa. Ale nie jestem już manichejczykiem. W swoim artykule popieram Amerykanów w tej wojnie. Czy moja opinia jest odosobniona wśród Wietnamczyków, zwłaszcza wśród tych, którzy mieszkają w Wietnamie? Słuchając codziennie audycji rozgłośni BBC po wietnamsku sadzę, że nie. I nie podejrzewam żadnych manipulacji ze strony wietnamskich radiowców. Tym bardziej, że dyrektorem wietnamskiej sekcji jest młody absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, mój rodak.
Warszawa, Kwiecień 2003