Cielęcina w pięciu smakach i kapitalizm z ludzką twarzą
- Tác Giả: Ngô Đăng Quang
- Đăng ngày 18.09.08
Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część V
Czy pamiętacie państwo jak wyglądał plac Konstytucji 10 lat temu? Ja nie bardzo mogę wyobrazić jak wyglądał, ale pamiętam, że wyglądał trochę inaczej. Nie pamiętam gdzie stał
kiosk gastronomiczny z jedzeniem wietnamskim, z nazwą popularnego kwiata Wietnamie. Należał do Polaka, który zatrudnił kucharza zawodowego prosto z Wietnamu. Znałem tego kucharza, bo jak miał wolny dzień od pracy to przyjeżdżał do restauracji wietnamskiej na Ochocie, do swojego znajomego, też kucharza, którego pomocnikiem byłem ja. Kucharz z placu Konstytucji był naprawdę sumienny, wymagający, dbający o szczegóły. Nic dziwnego, że klienci tłumnie przychodzili do kiosku, w którym pracował. Jego pracodawca był wobec niego bardzo życzliwy, wynajmował całe mieszkanie dla niego, dobrze płacił, ściągnął później do Polski i jego żonę. Kilka lat później kiedy zaczęto likwidować handel na placu Konstytucji, Polak- właściciel baru ulicznego, przeniósł interes do hipermarketu na Bemowie. Mój znajomy kucharz poszedł za nim, do nowego miejsca pracy, tym razem jako wspólnik swojego dotychczasowego pracodawcy.
Na placu Konstytucji pewna wietnamska pszczelarka miała aż kilkanaście takich kiosków! Już w tych latach zdążyła przyprowadzić do Polski i swoje rodzone rodzeństwo i braci stryjecznych i siostry cioteczne. I siostrzeńcy i bratańcy, całe mnóstwo rodzinnych koneksji pracowali na placu Konstytucji. Owszem, jak przyjechali do Polski to niczego nie mieli oprócz chęci pracy i zarobienia jak najwięcej ilości pieniędzy. Na początku pracowali dla pani Ngoc, niekiedy na dwie zmiany i siedem dni w tygodniu. Po jakimś czasie jak już zgromadzili trochę pieniędzy, jakąś sumkę zaoszczędzili, zdobywali doświadczenia a chcieli prowadzić własny interes to i przestali być zatrudnieni u krewnych. Odnajmowali kioski od krewnej, albo kupili gdzieindziej małą budkę i zaczęli pracę na własny rachunek.
Kucharz z kiosku na placu Unii Lubelskiej był jednym z takich osób. Tak dbał o swój własny interes, że recenzent kulinarny Gazety Wyborczej, pan Piotr Bikont dostrzegł efekt jego pracy, docenił jego wysiłek. Dania z tego kiosku dostały pochlebne oceny i niepozorny kiosk gastronomiczny na placu Unii Lubelskiej miewał nieprawdopodobne obroty! Od pomocnika kucharza do właściciela restauracji to jak pucybut amerykański stał się milionerem. Niestety nie jest to reguła, zwłaszcza w moim przypadku.
W roku 1995 przyjechawszy z Krakowa do stolicy zacząłem pracę jako kierownik restauracji przy ul. Broniewskiego. Jednym z dwóch właścicieli tej restauracji był były kucharz restauracji Bong Sen przy ulicy Poznańskiej, pierwszej restauracji wietnamskiej, powstającej w drugiej połowie lat 80-tych. Były kucharz bywał właścicielem restauracji czyli szefował, ale często też pracował w kuchni. Zajmował się także szkoleniem nowo przyjeżdżających do Polski kucharzy. W odróżnieniu od barów ulicznych, co poważniejsze restauracje w tych latach przyprowadziły zawodowych kucharzy z Wietnamu. Wówczas można było stosunkowo łatwo dostać wizę z prawem do pracy do Polski. Poznałem kilkunastu z nich. Początkowo pracowali bardzo ciężko, po 12 godzin dziennie, prawie siedem dni w tygodniu. Owszem wynagrodzenie ich było stosunkowe wysokie. I całość mogli odłożyć, bo pracując prawie na okrągło w restauracji na nic nie musieli wydać. Oczywiście wysyłali pieniędzy do kraju aby pomóc rodzinie. Większość jednak marzyła o ściągnięciu rodziny do Polski i otworzeniu własnego baru. Po roku lub dwóch zazwyczaj mogli już myśleć o własnym interesie. Więc powstały nowe bary, nowe budki gastronomiczne, coraz dalej od placu Konstytucji, coraz dalej od centrum Warszawy…
Krach nastąpił w 2003 roku, po słynnym skandalu z psim mięsem i niesprawiedliwej nagonce w mediach polskich. Niestety Wietnamczycy nie mogli wytoczyć mediom proces jak w Ameryce, gdyby takowa rzecz tam miała miejsce. Większość moich znajomych kucharzy zamknęła swoje bary i powyjeżdżała do Wietnamu. Jednak po dziś dzień można spotkać w Warszawie i w innych miastach właścicieli restauracji, którzy w latach 90-tych przyjechali do Polski jako kucharz.
Pszczelarka z Placu Konstytucji w dalszym ciągu prowadzi lokale gastronomiczne i to całkiem niedaleko placu. Jedno tu, drugi tam. Pojechała specjalnie do Wietnamu, aby znaleźć wybrańca swojego serca. Ich dzieci, tutaj się urodziły, chodzą do francuskiej szkoły w Warszawie. Skandal z psim mięsem na Stadionie Dziesięciolecia niemal nie doprowadził ich do bankructwa. Mieli trudności z płaceniem czesnego. Myśleli o wysyłaniu dzieci do Wietnamu. Ale powoli, cierpliwie odbudowali swoje „imperium” gastronomiczne. Owszem to nie są ekskluzywne lokale na mapie kulinarnej Warszawy, ale mają wiernych klientów, ceniących proste, dobre ale niedrogie jedzenie. Ot takie wietnamskie bary mleczne.
CDN: Ja, Polak beznadziejny!
*****
Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".
© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny
Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce
Część III: Pierwszymi bohaterami Wietnamu były kobiety
Część IV: Wyzysk, Indeksacja i PKW
Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.
