Kilka dni temu przez Polskę przebiegła świetlana wiadomość: i mamy polskiego dinozaura! A przemknęło mi przez myśl- czyż nie jest to Aleksander Kwaśniewski- Dinozaurus Politicus?

Prezydent Aleksander Kwaśniewski słynny był z tego, że nie zgodził się nadać mi obywatelstwa za pierwszym razem. I to wtedy kiedy ubiegał się o drugą kadencję. Nie liczył się z moim głosem! A z lekką ręką podpisał decyzję o nadanie obywatelstwa Emmanuelowi Olisadebemu, kopiącemu piłkę nogą!

Ostatecznie bez mojego udziału kontynuował zasiedzenia przy Krakowskim Przedmieściu, jakby w samym Centrum brakowało miejsca! A co ja na to? Po pewnym czasie, dokładnie pod koniec 2003 r., złożyłem ponownie, jak się potocznie mówi, papier na obywatelstwo. A prezydent, jak na prezydenta przystało, miał dwa lata na złożenia jednego podpisu! Tym czasem zbliżał się koniec jego drugiej kadencji a  kandydatów na obejmowanie Urzędu wciąż brak! Może nie całkiem brak, były dwa nazwiska.  W grę wchodził Tomasz Lis i aktualna Pierwsza Dama. Wpadłem w popłoch. Co mi zostało!? W akcie desperackim zakończyłem artykuł o Aleksandrze Kwaśniewskim w opozycyjnym miesięczniku, tyle że wietnamskim, zdaniem: Kwaśniewski(a)- moje kłopoty? (Kwaśniewski(a)- nỗi phiền muộn của tôi?).

No i to poskutkowało! Zgodził się pod warunkiem i pod koniec swojej kadencji pan prezydent. Lepiej późno niż wcale…Ale cóż z tego, jeśli to już za późno, i to była tylko promesa! Obywatelstwa polskiego nie odebrałem z rąk Aleksandra Kwaśniewskiego. Pierwsza Dama w ogóle nie startowała, Tomasz Lis za samą chęć kandydowania został wyrzucony z TVN (albo z Polsatu, już nie pamiętam). Dopiero rok temu ostatecznie prezydent Lech Kaczyński podpisał decyzję nadania mi obywatelstwa. Jestem więc obywatelem dwóch prezydentów- a nie tam „prezydent wszystkich obywateli”! Różnica jest ogromna, prawda?

 
 Róża dostała obywatelstwo- i obywatelstwo (każde) dostało różę- w tym samym dniu co ja. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Dwie kadencje, 10 lat!, a ja osiem lat czekałem na obywatelstwo- „Życie Warszawy” zanotowało w dniu, kiedy stałem się Polakiem-  od razu niemałym! Pewien dziennikarz radiowy obecny podczas uroczystości w ratuszu na Placu Bankowym kazał mi śpiewać hymn. A co, zaśpiewałem chętnie:

Jeszcze Polska nie zginęła,
Kiedy my żyjemy.
Co nam obca przemoc wzięła,
Szablą odbierzemy.

Marsz, marsz Dąbrowski,
Z ziemi polskiej do Polski.

No i nie musiałem śpiewać dalej! I dziennikarz i śpiewający kumali o co chodzi! Przecież prezydent, lub premier, tak śpiewał…Kilka godzin później dostałem SMS od Nguyễn Thanh Sơn, kolegi z redakcji [portalu Đàn Chim Việt- Klucz (Stado) Wietnamskich Ptaków], który dostał polskie obywatelstwo dużo wcześniej, wtedy kiedy jeszcze nie znał ani jednej (polskiej) litery połamanej na pół! (Tak się mówi po wietnamsku na analfabetę):

- Witamy w gronie Polskich Ptaków. Śpiewałeś hymn jak Edyta Górniak :). Super! Gratulacje!

Byłem dumny jak paw!... Ptak, ale nie byle jaki. Po dziś dzień mam jego SMS’a w telefonie!

 
 Ola Kwaśniewska, córka swojego tatusia w cieniu dinozaura. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Prezydent Aleksander Kwaśniewski jest słynny także z tego, że jest ojcem swojej córki! Naprawdę to jest powód do dumy! Drodzy czytelnicy, czy wiecie, że pewien raport statystyki, albo badań dyskretnych mówi, że tylko 90 % ojców jest rodzicem swojego dziecka? Podobno to się tyczy tylko obszaru Europy, w każdym razie Polski aniżeli Wietnamu! Możliwe to, że tutaj źle interpretuję wyniki raportu. Wybaczcie, panowie, jestem wolnym strzelcem i nie wiem jaki wpływ na wyniki badań miałem ja…


Tak czy siak Aleksandra Kwaśniewska jest córką swojego tatusia. Rok temu kiedy w mediach aż huczało od wirusów z Filipin, Aleksandra Kwaśniewska nie mogła dłużej znieść. Musiała bronić swojego tatusia w „ Dzień Dobry TVN”. Bardzo martwiła się o stan zdrowia byłego prezydenta. Ponoć lamentowała i skarżyła się na jego chorobą filipińską. Za ten emocjonalny występ na żywo w celu spełnienia obowiązków wobec rodzica wyrzucano ją jako reporterkę telewizyjną właśnie z tej telewizji.

Trudno w dzisiejszych czasach o niezależną telewizję! I trudno też o niezależną reporterkę! Moja rodaczka, zdaje się też reporterka, na początku lipca tego roku napisała artykuł- albo dokładniej opracowała audycję radiową- o głośnej książce wydanej przez IPN „SB a Lech Wałęsa- Przyczynek do biografii”. W tej audycji tworzyła różne możliwości do zabrania głosu jednemu z autorów książki. Były prezydent nie miał takich okazji. Co więcej, czytając ten artykuł czytelnik wietnamski odnosi wrażenie, że faktem jest to, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, że był tym Bolkiem i były prezydent jest pogodzony z faktami zawartymi w tym dziele. Ot PiSowski punkt widzenia na drogę do wolności byłego przywódcy Solidarności. Na stronie społecznościowym „Gronie” napisałem, że oto PiStoryk ma głos. Czyż niezależne dziennikarstwo w dzisiejszych czasach jest to tylko pobożne życzenie?


Och! Jak ja nie chcę zostać polskim prezydentem. Zwłaszcza byłym…
Na przyszłym wiecu wyborczym powiem więc:- nie chcem kandydować na najwyższy urząd w państwie, ale muszem. Niech Naród wybierze mniejsze zło! I skwituję krótko:- nie chcem, ale muszem!

Jest to, moi drodzy, mój przyczynek do (auto)biografii byłego przyszłego prezydenta. Albo przyszłego byłego prezydenta.Ciąg dalszy nastąpi...

PS: Aha! Wobec róźnego przetłumaczenia (Quê Việt 89, 06-2008 oraz RFA 04-07-2008)  tytułu wspomnianej książki, publikacji ponoć publicystyczno-historycznej proponuję trzecie: Mật vụ và Lech Walesa- Mở đầu cho một tiểu sử.
Dobranoc Państwu! Spokojnego snu...!