Blogs

(Trang 1 / 2)   
« Trang trước
  
1
  2  Trang kế tiếp »

Deklaracja

Z końcem października br. wojska polskie wycofują z Iraku. Wcześniej, czwartego października w bazie Echo w Diwanii odbyła się oficjalna ceremonia zakończenia działań polskiego kontyngentu wojskowego misji w Iraku. Pewien etap w swojej historii misji wojsk za granicą Polska miała za sobą. A zaczęło się to wszystko wiosną 2003 roku. Gazeta Wyborcza w wydaniu świątecznym Sobota- niedziela 29-30 marca tego roku wydrukowała artykuł pod tytułem „My, zdrajcy” autorstwa redaktor naczelnego Adama Michnika. Artykuł stanowił niejako odpowiedź na tekstu Christiana Semlera na łamach „Die Tageszeitung” z 8 marca 2003 roku, którego fragment był także wydrukowany w tym samym numerze Gazety Wyborczej. Oto fragment fragmentu artykułu „ ZDRADA TRZECH MĘDRCÓW”:- Vaclav Havel, Adam Michnik i Gyorgy Konrad- to trzej działacze ruchów demokratycznych w czasach schyłkowego realnego socjalizmu. A zarazem trzej intelektualiści, którzy dzięki swojej oryginalności i niezależności wywierali w ciągu minionych dwóch dziesięcioleci głęboki wpływ na zachodnie elity intelektualne. „Doświadczenie totalitarne” uczuliło ich na kwestię polityki podporządkowanej uniwersalnym prawom człowieka. A teraz Konrad, Michnik i Havel niezależnie od siebie publicznie występują jako zwolennicy amerykańskiej polityki wobec Iraku i opowiadają się za wojną” A oto fragment artykułu „My, zdrajcy”:- Spoglądając na walące się wieże Word Trade Center, zrozumiałem, że świat stanął w obliczu nowego wyzwania totalitarnego. Przemoc, fanatyzm i kłamstwo rzuciły wyzwanie wartościom demokratycznym. Dlatego sądzę, że obalenie tyrana, który wspiera terroryzm i dąży do posiadania broni masowej zagłady, jest uzasadnione”. Pięć lat minęło, można inaczej spojrzeć na wszystko, pod innym kątem, z dystansem…


Dalszy ciąg
"W jak Wojna. Wojna w Iraku"


Wietnamczycy lubią legendy i symbole, żyją nimi. W latach osiemdziesiątych, kiedy w Polsce wybuchały niezliczone strajki, to z Wietnamu wylewały się niezliczone fale uciekinierów. Wielu ludzi straciło życie podczas tych ucieczek. Powstała legenda, że można dostrzec na skorupce wielkiego morskiego kraba twarz ludzką, twarze tych ludzi, którzy zginęli w morzu . Jakiś autorytet naukowy wyjaśniał na łamach państwowej, partyjnej gazety, że to czysta fantazja, wolne skojarzenia wyobraźni. Mnie nie przekonał. Ta legenda i cichy szum morski zawsze brzmi w moich uszach jako najsmutniejsza pieśń o duszach tych ludzi, o ludzkim losie.

 
 Số đỏ Vu Trong Phunga przetłumaczony na angielski przez Petera Zinomana i Nguyen Nguyet Cam. Nguồn:www.amazon.com

I ta legenda i ta lalka o blond włosach uratowała naród wietnamski od totalnego zniewolenia, od wszechobecnej, wstrętnej propagandy. Propagandy o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, o nieskazitelnym morale Wujka Ho, o Partii, o sukcesach kolejnych planów trzyletnich, pięcioletnich…I właśnie „te kolejne sukcesy” zdecydowały, że żaden Wietnamczyk, czy to naukowiec, czy rolniczka, czy matka, której synowie zginęli na wojnie, nie mają urazu do Amerykanów. Wszyscy Amerykanie, czy to weteran, czy dziennikarz, czy turysta, którzy mieli możliwości podróżowania po Wietnamie, na pewno to potwierdzą. Doświadczali czegoś odmiennego, przyjaźni i uwielbienia. I na to zasługują, bo nikt inny tak nie rozpowszechnia historię, kulturę, literaturę Wietnamu i to bez zakłamania, jak Amerykanie. Zakazane dzieła pisarza Vu Trong Phung, który zmarł przed rokiem 1945, przed powstaniem dzisiejszego, komunistycznego Wietnamu od niedawna dopiero zostały ponowne wydane. Stało się to dzięki upartemu zainteresowaniu amerykańskiego badacza literatury wietnamskiej. Przetłumaczony na angielski przez Johna Balabana, weterana wojny wietnamskiej tomik „ Spring Essence” osiemnastowiecznej poetki Ho Xuan Huong był dużym wydarzeniem wydawniczym w Ameryce. Internetowa strona instytutu filologii wietnamskiej amerykańskiego uniwersytetu ( Appalachian State University) dostarcza mi więcej wiedzy niż oficjalne podręczniki języka wietnamskiego pełne indoktrynacji, zapchane tekstami o Wujku Ho, o „Vo-lo-dia” czyli o pewnym znanym Włodzimierzu - jakim on był chłopcem! I tu biję na alarm! Z tych podręczników uczą się dzieci wietnamskie i polskie (z małżeństw mieszanych, polsko - wietnamskich) w szkole języka wietnamskiego w Warszawie, prowadzonej przez mojego oportunistycznego rodaka. Nie będę prosił, aby polskie władze oświatowe nakazały wycofanie tych podręczników. Apeluję do nich i do sponsorów, aby ten dyrektor mógł nabyć inne podręczniki - z Niemiec, czy z Ameryki. Apeluję też do swojego kolegi, aby zechciał to zrobić. Trochę cywilnej odwagi, kolego!

Jak widać, wietnamski reżim komunistyczny ma się dobrze. Wszelkie działania opozycyjne zostały zlikwidowane w zarodku. Generał Tran Do, żołnierz dwóch wojen, długoletni członek partii, zwolennik wolności słowa i pluralizmu partyjnego był prześladowany nie tylko za życia. Na jego pogrzebie ocenzurowane były kondolencje, wyrwano niektóre strony z księgi kondolencji, usunięte zostały słowa „generał”, „z głębokim żalem”… z napisów na wieńcach. Podłość i nikczemność władzy na tym pogrzebie budziły ogromny gniew kolegów i towarzyszy broni zmarłego. W szlochu przez telefon komórkowy opowiadali pewnej opozycyjnej organizacji wietnamskiej z zagranicy przebieg pogrzebu. Bili brawo, kiedy najstarszy syn zmarłego czytał oświadczenie rodziny, że nie przyjmuje do wiadomości zdania zawartego w przemówieniu przedstawiciela władzy, jakoby jego ojciec „popełnił pod koniec życia pewne błędy”. I ci żałobnicy nie uniknęli prześladowania i aresztowania mimo, że niektórzy z nich byli już w wieku 70, a nawet 80 lat. Przykładów jest więcej. Chorowity Le Chi Quang, były robotnik w byłej Czechosłowacji po napisaniu i rozpowszechnieniu w Internecie kilku artykułów o demokracji i prawach człowieka został skazany na cztery lata więzienia. Jest traktowany jako groźny kryminalista, bez odpowiedniej opieki lekarskiej, ograniczano liczbę wizyt do jednej na kilka miesięcy.

Gospodarka rynkowa pod komunistyczną dyktaturą pewnej grupy ludzi wytwarza chory produkt, chore i dzikie społeczeństwo pełne „ zakłamania, konformizmu, tchórzostwa i apatii”. Hipokryzja bezwzględnych ludzi aparatu władzy sięga zenitu. Dramaturdzy wietnamscy nie muszą (i tak im nie wolno!) pisać sztuk teatru absurdu. Dzieje on się na co dzień, we wszystkich dziedzinach życia. Miliony ludzi żyją w skrajnej nędzy. Rodziców nie stać na wysyłanie dzieci do szkoły. Gromada dzieciaków oblega turystów, nie tylko tych z Zachodu, oferując do sprzedaży kupony loterii, papierosy, gumy do żucia. Pamiętam dokładnie słowa, z którymi zwracały się do mnie:- „Panie, bądź łaskaw, kup ode mnie te amerykańskie gumy. Zlituj się nade mną, panie!”

Trzydzieści parę lat temu patriotyczne piosenki płynące z głośników stanowiły dla mnie ogromną atrakcję. Rok temu, kiedy byłem na mojej rodzinnej wsi, to te same piosenki, te same słowa propagandy, puszczone z głośników rozgłośni wiejskiego komitetu ludowego były dla mnie już nie do zniesienia. Nic dziwnego, że autor kontrowersyjnej książki po wietnamsku, wydanej w Paryżu pod tytułem „Tổ Quốc ăn năn” (Ojczyzna pokutuje) pisze, że w Wietnamie nie ma już ptaków, zostały zagłuszane, zabite, zjedzone. Że słysząc pewnego dnia śpiew ptaka skoczył z radości i zaskoczenia!

Trzydzieści pięć lat temu generałowie północnego wojska rozpoczęli zbrojny atak (zwany później „operacją Tet Mau Than 68” na miasta Południa w czasie Świąt Wiosny, czyli Nowego Roku kalendarza księżycowego, największych ze wszystkich świąt. Nie będę potępiać takiego czynu. To były taktyki wojenne, można sobie tak wytłumaczyć. Poza tym, wszak jestem z tej właściwej, zwycięskiej strony. Ale rok temu, kiedy w drugim dniu tego święta kierowca autobusu i jego pomocnik bez przerwy krzyczeli na pasażerów, przeklinali, traktowali ich jako własnych więźniów, własnych zakładników, długo w milczeniu nie mogłem siedzieć. Wstałem i głośno potępiałem ich. Mało brakowało, aby doszło do rękoczynów. Usiadłem, skulony, zaszczuty mimo, że to dopiero mong hai Tet, drugi dzień świąt. Gdzieś znikł nastrój świąteczny. Powiedziałem do mojego nastoletniego bratanka, tego, który się urodził w Hongkongu: - „ nie bój się, nic nie mogą nam zrobić”. Raczej aby sam się uspokoić. Czuliśmy się naprawdę bezpieczni dopiero wtedy, kiedy wysiedliśmy z autobusu. Rok później, w styczniu tego roku, z wietnamskich, oficjalnych stron internetowych dowiedziałem się o zabójstwie pasażera autobusu, który nie chciał spożywać posiłku w przydrożnym lokalu, przy którym kierowca w zmowie z właścicielem knajpy specjalnie się zatrzymał. Ten pasażer nie chciał przepłacać (zazwyczaj 5-10 razy więcej niż gdzie indziej). Zapłacił życiem. Od dawna funkcjonuje termin na takie posiłki - com tu, posiłek więzienny, posiłek więźnia. Nie wiedziałem o tym rok temu, kiedy podróżowałem po Wietnamie.

Ten kryzys społeczny, moralny i duchowy społeczeństwa jest dostrzegany także przez turystów polskich odwiedzających Wietnam. Teksty zwierające choć kilka słów o takich zjawiskach, czy to napisane przez panią redaktorkę Witkowską, czy przez turystów -internautów, nigdy nie były przetłumaczone na wietnamski i drukowane w prorządowych, zaprzyjaźnionych z ambasadą gazetach wietnamskich wychodzących w Polsce. Skwapliwie jednak przetłumaczą i drukują „pozytywne” teksty. Ba, nawet zdjęcia, klatkę po klatce z krótkiego felietonu telewizyjnego! Nie byłem zdziwiony, kiedy wybuchł skandal z „psim mięsem”. Napisałem prędko pismo do naczelnego redaktora pewnej stołecznej gazety. A w nim wyjaśniałem, że na pewno nie ma psich składników w potrawach sprzedawanych Polakom, pisałem o etyce dziennikarskiej. Nazajutrz zadzwoniła do mnie dziennikarka zajmująca materiałami z policji, autorka tekstu. Zaprosiła mnie na spotkanie do redakcji. Na tym spotkaniu wyjaśniałem jej jeszcze raz, że na pewno nie zastąpiono cielęciny psim mięsem, kurczaka gołębiem, nie dodano do żadnych potraw mielonych psiego mięsa. I nie tylko o tym. Mówiłem jej o odpowiedzialności za słowa, o etyce dziennikarskiej. Na jej pytania opowiadałem o dyktaturze komunistycznej, o kryzysie społecznym, o reinkarnacji. Powiedziałem jej, że zachodni turysta, aby zrozumieć takie społeczeństwo powinien na nie spojrzeć oczami Ryszarda Kapuścińskiego. Następnego dnia, w sobotę ukazał się artykuł pełny bredni, nieścisłości i kłamstwa. Zrozumiałem, że to nie jest brak wiedzy i ignorancja piszącej, to świadoma kampania. Wysłałem drugie pismo, ale nie dostawałem już żadnej odpowiedzi.

Skandal wycisnął mocne piętno na społeczności Wietnamczyków w Polsce. Moi rodacy byli mimo tego bardzo pokorni wobec polskich mediów. Nie mam im za złe. Ale nie mogę z nimi się zgodzić, kiedy są tak samo pokorni wobec przedstawicieli wietnamskiego aparatu opresji, wobec władzy komunistycznej. Nie rozumiem ich postawy pełnej konformizmu, oportunizmu i tchórzostwa. Powiedziałem sobie „milczenia dość”. Zostałem członkiem redakcyjnego kolegium miesięcznika opozycyjnego „ Dan Chim Viet”, którego do tej pory byłem tylko sympatykiem i jednym z nielicznych czytelników z Polski. W najnowszym numerze, który w tych dniach wychodzi z druku, próbowałem analizować przyczyny, dla których Amerykanie zdecydowali atakować Irak. Piszę o bezpieczeństwie Ameryki i świata w dobie międzynarodowego terroryzmu. Że Amerykanie nie wybaczą żadnemu swojemu prezydentowi, jeśli dopuści do jakiegoś, choć o dużo mniejszej skali, ataku terroryzmu na terenie Ameryki. Piszę o dyktaturach w Kambodży, na Kubie , w Korei Północnej i o tym, że te ustroje dyktatorskie są największą przeszkodą w dążeniu narodów do cywilizacji, do dobrobytu. Piszę, że islam zostaje wykorzystany przez dyktatorów do fanatycznego podporządkowania się obywateli. Dyktatury przynoszą złą sławę islamowi. Na pewno i islam i wspaniała kultura irakijska i babilońska nie zasługują na takie dziedzictwo. Irakijczycy w państwie demokratycznym będą mogli być naprawdę dumni ze swojej kultury, ze swojego, bogatego przecież kraju. Pogratulowałem Irakijczykom powstania takiego postępowego, wolnego, demokratycznego państwa po wojnie. Przepraszam wszystkich Irakijczyków za to, zdaje się, przedwczesne, niestosowne życzenie. Niech mi wybaczą i zrozumieją, że to szczere, z głębokiego serca życzenie. Niech wszystkie irackie matki wybaczą mi, jeśli ich synowie, ucierpieli lub ucierpią, zginęli czy zginą na tej wojnie. Mam nadzieję i z głębi duszy pragnę, aby takich ofiar było jak najmniej.

 
 Niewątpliwie, powstanie Đàn Chim Việt przyczyniło się do powstania silnego, wietnamskiego ośrodka opozycyjnego w Polsce. Na zdjęciu: pamiątkowa fotografia uczestników Konferencji o prawach robotników w Wietnamie, odbywającej się w Sejmie. Powstał z tej okazji Wietnamski KOR. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Wojna wietnamska była bolesną, tragiczną lekcją nie tylko dla Amerykanów. Przy każdym konflikcie zbrojnym Stanów Zjednoczonych z innym krajem jest wymieniana, wykorzystana jako ostrzeżenie dla Amerykanów. Moim zdaniem, nie zawsze słusznie. Powinna być ostrzeżeniem także dla drugiej strony konfliktu. Dodaję jednocześnie, że dalekie mi jest bezkrytyczne uwielbienie i idealizacja Ameryki. I niech żaden kraj nie zostaje drugim Wietnamem! We wspomnianym już numerze naszego miesięcznika piszę w innym artykule o „wyczerpanej eksploatacji” i wykorzystaniu przez władzę komunistyczną wietnamskiego poczucia dumy z tej zwycięskiej wojny. Podkreśliłem:- „ idiotycznej dumy”. Jestem pacyfistą. Jestem człowiekiem o lewicowych poglądach, zwolennikiem opiekuńczego państwa. Ale nie jestem już manichejczykiem. W swoim artykule popieram Amerykanów w tej wojnie. Czy moja opinia jest odosobniona wśród Wietnamczyków, zwłaszcza wśród tych, którzy mieszkają w Wietnamie? Słuchając codziennie audycji rozgłośni BBC po wietnamsku sadzę, że nie. I nie podejrzewam żadnych manipulacji ze strony wietnamskich radiowców. Tym bardziej, że dyrektorem wietnamskiej sekcji jest młody absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, mój rodak.


Warszawa, Kwiecień 2003

W jak Wojna. Wojna w Iraku

Z końcem października br. wojska polskie wycofują z Iraku. Wcześniej, czwartego października w bazie Echo w Diwanii odbyła się oficjalna ceremonia zakończenia działań polskiego kontyngentu wojskowego misji w Iraku. Pewien etap w swojej historii misji wojsk za granicą Polska miała za sobą. A zaczęło się to wszystko wiosną 2003 roku. Gazeta Wyborcza w wydaniu świątecznym Sobota- niedziela 29-30 marca tego roku wydrukowała artykuł pod tytułem „My, zdrajcy” autorstwa redaktora naczelnego Adama Michnika. Czytałem go jednym tchem i ...usiadłem do pisania poniższego tekstu, tekstu manifestu wietnamskiego zwolennika amerykańskiej operacji w Iraku. Wysałem do redakcji Gazety Wyborczej w postaci listu emailowego i przez faks. Kilka dni później przetłumaczyłem cały artykuł redaktora naczelnego Gazety Wyborczej na wietnamski. Został wydrukowany w miesięczniku Đàn Chim Việt (ISSN 160-5285) i przy odrobinie szczęścia można poczytać (ten artykuł w wersji wietnamskiej) w Bibliotece Narodowej przy alei Niepodległości w Warszawie. Pięć lat minęło, można inaczej spojrzeć na wszystko, pod innym kątem, z dystansem...



Czy można wybrać pokój? Czy można wybrać bezpieczeństwo? Czy można wybrać wolność, postęp cywilizacyjny i dobrobyt? Można. I nie tylko można. Trzeba. Trzeba wybrać pokój, bezpieczeństwo, wolność. Trzeba iść za postępem cywilizacyjnym, dążyć do dobrobytu. To chyba oczywiste pragnienie każdego, zwykłego człowieka na tej planecie. To pragnienie i cel każdego narodu.

Jednak, czy każdy człowiek, każdy naród posiada możliwość takiego wyboru? Wietnamczycy nie mieli. Nie wnikając w szczegóły, dlaczego Amerykanie zdecydowali atakować Wietnam, można powiedzieć krótko: wojna została nam narzucona. I to dosłownie. Pamiętam alarm lotniczy ostrzegający przed zbliżającym się bombowcem wroga. Pamiętam ogromne leje po bombach na polu ryżowym. My, dzieciaki pasające bawoły, lubiliśmy kąpać się w tych lejach. Razem z bawołami, niezbędnymi wówczas do różnych prac polowych. Nie było w nich pijawek, a woda była bardzo czysta. Pamiętam jeszcze zapach tej wody, jej klarowność. Teraz wiem, że to zapach chemicznych środków, że to czystość pozbawiona nie tylko pijawek ale wszelkiego życia. Nigdzie później nie widziałem takiej przezroczystej wody.

Pamiętam jak mój najstarszy brat na pożegnanie przed wstąpieniem do wojska obiecał przywieźć mi radio tranzystorowe po powrocie z wojny. To był jedyny obraz, w którym jakiś prawdziwy jego rys widzę i pozostaje mi w żywej pamięci. Jego portret wykonany starodawną techniką, z opisów Mamy i może z jakiegoś zdjęcia zawsze mi się wydawał ogromnie smutny, nieprawdziwy. Wisiał przy ołtarzyku na cześć kultu przodków i tych, którzy odeszli. Pamiętam szloch Mamy, kiedy przedstawiciele Gminnego Komitetu Ludowego przyszli organizować jego symboliczny pogrzeb. Płakałem razem z nią, choć nie do końca świadomy, co się stało. Minęły lata, kiedy już umiem czytać, czytałem różne historie cudownego ocalenia i odnalezienia rzekomo zaginionych żołnierzy tej wojny. Zawsze miałem nadzieję, że któregoś dnia mój brat wróci i przywiezie mi oczekiwany od dawna prezent.

Pamiętam atmosferę pełną patriotyzmu, doniosłości i patosu tamtych dni. Nie wiem dlaczego, może ze względu na wiek - i alarm i głośniki stanowiły dla nas wielkie atrakcje. Tak jak zresztą granaty, karabiny i inne wyposażenie żołnierzy - rekrutów, przygotowujących się do walki. Nasze prymitywne wiejskie chaty były ich koszarami. Dzieciństwo zdaje się być szczęśliwe. Mój przyjaciel pochodzący z Nghệ Tĩnh, rejon bardziej zagrożony bombardowaniami, na pytanie zadane przez polską panią psycholog w wywiadzie środowiskowym: -"Czy jego dzieciństwo było szczęśliwe i co pamięta z czasów wojny?", odpowiedział twierdząco. Opisał taki obraz: -"Razem z rówieśnikiem staliśmy w dołku schronienia, liczyliśmy z zaciekawieniem i radością ilość spadających bomb". Wierzę mu i rozumiem go doskonale.

Pamiętam także treść słownych zadań matematycznych, które musiałem i lubiłem rozwiązywać, kiedy zacząłem chodzić do szkoły. Oczywiście różne to były zadania, ale brzmiały zazwyczaj tak: Bohaterski żołnierz imienia Anh Dũng zabił w styczniu dwóch Amerykanów, w lutym trzech a w marcu czterech. Ilu ludzi wroga zabił Anh Dũng w pierwszym kwartale roku? Nienawiść do wroga, „barbarzyńskiego agresora” była podsycana i mierzona jako wskaźnik patriotyzmu i obywatelskiego obowiązku. Jednak ta nienawiść już w pierwszym dniu „wyzwolenia” Sajgonu pękała jak bańka mydlana wśród dzielnych żołnierzy z Północy. I powoli będzie pękała i znikała wśród zwykłych ludzi Wietnamu komunistycznego. Kiedy ci żołnierzy wracali do swoich rodzin, czy to na urlop, czy już po służbie. Widzieli inne życie, inne cywilizacje! Jedną z bardzo popularnych zdobyczy wojny, a raczej prezentem z Południa, była przecudowna lalka z ruszającymi się powiekami, niebieskimi oczkami i blond włosami. Dzieci „marionetek”, „służebników”, „pachołków” amerykańskiego imperializmu, dzieci z Południa miały zwykłe zabawki. Nie dostałem tej lalki, my ich nie mieliśmy. Drugi mój brat został ranny, wycofany z pola walki, nim dotarła do miast. Siostra jako ochotniczka budowała drogę i mosty, wcześniej też wróciła do domu. Na szczęście! Czwarty brat, o cztery lata starszy ode mnie, walczył w Kambodży, ale ja już nie oczekiwałem od niego niczego. Po powrocie z tej wojny uciekł z żoną i córeczką drogą morską do Hongkongu. Dziewięć lat mieszkali w zamkniętym obozie dla uchodźców. Dziewięć lat mieszkali w hangarze. Ich syn tu się urodził jako niewolny Wietnamczyk. Tak czy inaczej, w niewoli.

 
 Warszawa 2007, kino Muranów, Kino w pięciu smakach, smak gorzki "Dziesięć dziewcząt z Đồng Lộc". Po projekcji moja siostra zgłosiła na ochotniczkę...Ảnh: Ngô Đăng Quang


O tych ludziach, boat people, redaktor naczelny Gazety Wyborczej Adam Michnik pisze: - „ Dlatego z przerażeniem i z poczuciem winy obserwowaliśmy Wietnamczyków, którzy po zwycięstwie komunistów uciekali z totalitarnego Wietnamu na małych łódkach, ryzykując życie swoje i swoich bliskich”. Panie Adamie, czy wie pan, że pewien Wietnamczyk na tym wzbudzonym morzu południowochińskim wołał o pomoc po polsku? Został on (a wraz z nim około czterdziestu innych istot ludzkich) uratowany przez załogę polskiego statku. Kilka lat wcześniej, w roku 1975 ukończył studia na AGH. Mieszka teraz w Australii.

 
 My, zdrajcy, Gazeta Wyborcza, 29-30 marca 2003 roku. Nie ma Saddama, Gazeta Wyborcza, 10 kwietnia 2003 roku.


Nie wszyscy mieli takie szczęście. Pewien znany piosenkarz, Ngọc Tân, stracił żonę i dzieci a sam nie dostał się do „wymarzonej wolności”. Oczywiście spotkała go represja - m.in. zakaz występów. O ironio! Wcześniej, w rewolucyjnej piosence o mieście Hajfong, śpiewał o radosnym rozstaniu i szczęśliwym, ponownym spotkaniu na nabrzeżu portowym!

*****
CDN

Thư mời tham dự LHP "Điện ảnh ngũ vị" lần thứ hai của chủ tịch Thành phố thủ đô Vác-xa-va, bà Hanna Gronkiewicz-Waltz

Kính thưa quý vị!

 
 Chủ tịch thành phố Vác-xa-va, bà Hanna Gronkiewicz- Waltz. Nguồn: www.essence-magazyn.pl
Tôi hân hạnh mời quý vị tham dự Liên hoan phim Việt Nam lần thứ hai mang tên „Điện ảnh ngũ vị” do Quỹ nghệ thuật Không gian trao đổi hoạt động Arteria tổ chức.

Liên hoan phim giới thiệu cho chúng ta nền văn hóa Việt Nam, đất nước có nhiều công dân đang sống giữa chúng ta tại Vác-xa-va. Đi kèm các buổi chiếu phim là các cuộc gặp gỡ với các tác giả, các bài giảng, các buổi vui chơi đầy tính sáng tạo kiểu happening. Tất cả tạo điều kiện để chúng ta thưởng thức nền văn hóa này một cách đầy đủ trọn vẹn. Tuy vậy việc thâm nhập văn hóa Việt Nam thật sự diễn ra nếu như chúng ta cởi mở thật sự để người khác tìm hiểu. Trong Liên hoan phim, nhờ có các buổi chiếu đặc biệt những người hàng xóm Việt Nam của chúng ta có cơ hội xem những bộ phim kinh điển của nền điện ảnh Ba Lan.
 
Năm nay là Năm Âu châu về Đối thoại giữa các nền văn hóa và Vác-xa-va đã và đang trở thành ngôi nhà của nhiều người đại diện cho các nền văn hóa từ khắp các châu lục. Sự mới lạ, cái khác thật sự rất hấp dẫn, nhưng nhiều người lại cho rằng đó là điều đáng lo ngại. Những khó khăn trong thông hiểu lẫn nhau và thiếu chấp nhận cho sự khác biệt văn hóa thường do không hiểu biết gây ra. Chúng ta phải nhớ rằng những người dân có gốc nước ngoài làm giàu thêm, làm phông phú thêm nền văn hóa của chúng ta và trước hết làm giàu cho bản thân mỗi chúng ta. Vì thế chúng ta hãy tìm hiểu nhau tốt hơn để không chỉ nhìn thấy sự khác biệt mà trước hết để thấy những gì kết nối chúng ta. Bởi chỉ có thừa nhận hoàn toàn tính đa văn hóa mới cho phép chúng ta xây dựng một thế giới an bình cho các thế hệ mai sau.

Tôi xin kính chúc tất cả mọi người tham dự Liên hoan phim Việt Nam lần thứ hai những ấn tượng nghệ thuật không thế nào quên, những đam mê tất cả các hương vị Viễn Đông và trước hết chúc mọi người thừa nhận những người „ngoài” thành người mình.

Hanna Gronkiewicz- Waltz- chủ tịch Thành phố thủ đô Vác-xa-va.

*****

Thư mời tham dự LHP "Điện ảnh ngũ vị" lần thứ hai của các nhà tổ chức

Kính thưa quý vị!

Chúng tôi rất vinh hạnh được đón chào quý vị tại Liên hoan phim „ Điện ảnh ngũ vị” mà ý tưởng xuất phát từ một hiện tượng kỳ lạ- sắc dân thiểu số lớn nhất tại Vác-xa-va lại là người dân của một nước cách xa Ba Lan hàng chục ngàn cây số, cách sáu múi giờ, đất nước của một nền văn hóa và phong tục khác hẳn. Những người đến đây từ những phương trời xa như vậy mang đến một thế giới đầy khác lạ, một thế giới tạo nguồn cảm hứng và mở rộng tầm hiểu biết. Chúng tôi chân tình khuyến khích tận hưởng, sử dụng các tiềm năng đó.

 
 Jakub Królikowski (trái) Anna Ciabach và Nguyễn Quốc Thành trong lễ trao giải cuộc thi ảnh "Orientuj sie". Ảnh: Ngô Đăng Quang


Chúng tôi hy vọng rằng chương trình liên hoan phim cũng làm khán giả Việt Nam quan tâm. Chỉ có liên hoan phim của chúng tôi mới tạo cơ hội xem được các phim tuyệt vời như „Sống trong sọ hãi” của đạo diễn Bùi Thác Chuyên hay Cú và chim se sẻ của đạo diễn Stephane Gaugera. Chúng tôi hân hạnh mời xem các buổi chiếu không bán vé các bộ phim quan trọng của nền điện ảnh Ba Lan có phụ đề tiếng Việt. Chúng tôi rất hồi hộp và hiếu kỳ việc khán giả Việt Nam cảm nhận các phim Mis- Gấu bông của đạo diễn Stanislaw Bareja hay Rezerwat- Khu bảo tồn của đạo diễn Łukasz Palkowski như thế nào.

Trên thế giới chỉ còn một nơi tổ chức liên hoan phim của nền điện ảnh Việt Nam (tất nhiên không kể tại Việt Nam) đó là tại Los Angeles, nơi có nhiều người di dân Việt Nam sinh sống nhất. LHP ở Hoa Kỳ là ngày hội của điện ảnh, là sự trao đồi văn hóa, là không gian cho các cuộc gặp gỡ và tranh luận quan trọng. Chúng tôi rất hạnh phúc khi Vác-xa-va và Ba Lan thực hiện các nhiệm vụ tương tự tại Âu châu.

Chúng tôi không muốn lặp lại các sáo mòn và chỉ giới thiệu văn hóa dân gian, hay truyền thống Việt Nam. Chúng tôi muốn kiếm tìm các hiện tượng đầy tính khám phá mới lạ, tạo nhiều cảm hứng trong nghệ thuật và văn hóa Việt Nam để rồi cùng chia sẻ với các bạn. Chúng tôi chân thành mời xem phim và mời tham dự các sự kiện đi kèm theo trong khuôn khổ LHP Việt Nam „ Điện ảnh ngũ vị” lần thứ hai.

Jakub Królikowski
Giám đốc LHP
Nguyễn Quốc Thành
Người đồng tổ chức và điều hành chương trình
Quỹ Nghệ thuật Arteria

*****
Cả hai thư mời tham dự LHP do BTC LHP "Điện ảnh ngũ vị " lần hai cung cấp.

Trên trang điện tử của quỹ Arteria có thể đọc tất cả các thông tin về LHP bằng tiếng Việt.

Ja, Polak beznadziejny

Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część ostatnia


Wydział Budownictwa Okrętowego, później noszący krótszą nazwę Instytut Okrętowy (obecnie Wydział Techniki Morskiej; wszystko się zmienia!, człowiek się nie obejrzy i już tylko sentymenty zostają) Politechniki Szczecińskiej znajdował się przy alei Piastów, w środku której przebiegały tory tramwajowe.

Mieszkałem w akademiku nieopodal, parę kroków przez tory i już byłem na zajęciach. Kursując tą trasą tramwaje reklamowały sztukę teatralną. Nie pamiętam dokładnie w którym roku i w jakim sezonie teatralnym, ale na pewno było to koniec lat 80-tych ubiegłego wieku. Na całej długości wagonów tramwajowych, tuż przy dachu widniał tytuł sztuki: „Ja, Polak beznadziejny”.

Sztuka, a może raczej sam jej tytuł (bo dziś nie jestem pewien, czy widziałem to przedstawienie) tak mi się spodobał, że często powtarzałem go sobie przy przeróżnych okazjach i sytuacjach życiowych, spowodowanych zazwyczaj własnymi nieudolnościami. Czyż nie brzmi pięknie a zarazem skromnie?

Po przeprowadzce z Krakowa do Warszawy, z pewnym problemem sercowym, szukałem pracy u swoich. Byłem kierownikiem restauracji wietnamskiej na Żoliborzu, parę miesięcy później pomocnikiem kucharza restauracji na Ochocie. Pani Wanda pracująca w kuchni jak ja często mi pocieszała:- Panie Tomku, wszystko będzie dobre, jest pan młody, niech pan się nie martwi, niech pan nie będzie taki smutny!

Bardzo dobrze nam pracowało ze sobą, ale chyba pani Wanda zrezygnowała z tej pracy wcześniej niż ja. Przed odejściem dała mi jednak telefon do siebie. Dwa lata później, szukając opiekunki do dzieci, do pomocy domowej dla swojego, wietnamskiego przyjaciela, zadzwoniłem do niej. Chętnie by pracowała, ale nie mogła mieszkać poza swoim mieszkaniem. Została właśnie babcią i musi pomagać swojej córce opiekować maleństwem…

Lata minęły, zacząłem pracować dla swego krajana, który po studiach w Wietnamie miał napisać pracę doktorką w Polsce. Czasy nie sprzyjały zajęciom naukowym, mój rodak po udanym interesie z kurtkami ze sztucznej skóry, sprowadzanymi do Polski z Chin, chciał zająć branżą spożywczą. Importował do Polski zupy błyskawiczne. Rynek spożywczy w Polsce w drugiej połowie lat 90. był już dość trudny, nawet dla zup błyskawicznych z Wietnamu. Tan Viet, firma założona przez moich kolegów (o rok akademicki starszych ode mnie) zajmowała się tym od dziesięciu lat, miała więc bardzo dobrą pozycją i renomę w tej branży. Wolny rynek, wolny handel i wolna konkurencja zawsze dają szansę, jednak po kilku nieudanych próbach mój szef zdecydował zmienić kierunek rozwoju swojego biznesu. Zaczął rozważać możliwości inwestowania w ojczyźnie. Pojechał zbadać rynek. Po kilku wojażach tu i tam cała rodzina przeprowadziła na stałe do Wietnamu.

Minęło kilka miesięcy, pewnego dnia i ja stałem się jednym z kilku set pracowników firmy Tan Viet. Pracowałem jako kierownik najpierw w jednej a później dwóch restauracji należących do niej restauracji.


Belweder za zamkniętymi drzwiami.- (W związku z wizytą premiera Wietnamu- .Będzie wpis  M- Jak Małpa. Małpa w różowym)-. Ảnh: Ngô Đăng Quang

Po kilku latach, w roku 2007 przyjechał do Polski z wizytą premier Wietnamu. Towarzyszyła mu delegacja ponad 60 biznesmenów wietnamskich, wśród nich mój były szef, kiedyś poważny importer chińskich kurtek z sztucznej skóry do Polski(jak jeszcze mieszkał w Polsce). Nie dane nam było się spotkać! Kiedy premier Wietnamu przyjechał z eskortą i z ważnymi towarzyszącymi osobami do Belwederu, czekałem tam na niego. Tyle że przed bramą! I tylko przed bramą, kiedy limuzyną wjechał frontową szeroko otwartą (lecz nie dla mnie) bramą do dziedzińca. Byłem tam po to, aby jeśli nie protestować to na pewno po to, aby zrobić zdjęcia i zebrać materiały na artykuł. Artykuł zostanie (wiedziałem o tym) opublikowany (bez honorarium, o tym też wiedziałem) na naszym portalu, który z kolej jest zablokowany w Wietnamie przez firewall! Pisać artykuł po wietnamsku, publikować go bez honorarium ze świadomością, że z trudem czytelnicy wietnamscy będą mogli go poczytać, to naprawdę zajecie dla polskiego pasjonata, nieco beznadziejnego. Z czystym sumieniem, z poczuciem, że spełniłem swój obywatelski obowiązek opuszczałem Belweder, kiedy towarzysze (i nietowarzysze, przeciez nie mogę wszystkich wrzucić do jednego worka) bawili się jeszcze w najlepsze w środku. Kiedy jechałem ulicą Gagarina w drodze do domu, dopadł mnie telefon z wietnamskiej sekcji BBC. Zatrzymałem samochód na chodniku i udzieliłem (bezpłatnie, o tym tez wiedziałem) wywiad dla tej stacji. Urochomiąc silnik po zakończeniu wywiadu wzdychałem:- „Ja, Polak beznadziejny”.

Kilka miesięcy wcześniej z rąk wojewody warszawskiego odebrałem decyzję o nadaniu obywatelstwa polskiego. Czekałem na to długie 8 lat (udało się dopiero kiedy złożyłem wniosek do prezydenta RP po raz drugi; za pierwszym razem odmówiono mi obywatelstwa). Zrozumiałe więc, że radości nie było końca.

Kiedy emocje opadały, uświadomiłem sobie, że jako obywatel polski posiadam strasznie niski stan… posiadania. Postanowiłem, że wyrobię sobie paszport, wyjadę do Anglii!

Wyjadę, bo mam dość handlu obwoźnego. Dość handlu obwoźnego w Międzyzdrojach , w Dziwnowie, w Szczecinie- Dąbiu, w Oświęcimiu, Olkuszu, Nowym Targu, Krakowie i w Warszawie! Wyjadę do Anglii!

 
 Handel obwoźny i opłata w postaci cegiełki, ale to bardzo dawno, dawno temu. Na odwrocie cegiełki napisy: Wojewodzki Komitet Narodowego Czynu Pomocy Szkole w Szczecinie. 50 szkół na ...(nieczytelnie)lecie. No właśnie które to -lecie?


Badając angielski grunt przed podjęciem ostatecznej decyzji spędziłem noc sylwestrową 2007/2008 w okolicy London Eyes. Spotkałem tam młodych Polaków, mieszkających i pracujących w Londynie. Opowiadałem im o swoim zamiarze. Zachęcali szczerze. Wymienialiśmy adres i numery telefonów. Na pożegnanie zaprosili mnie do siebie. Powiedziałem:- Na pewno zjawię się u was, jak tylko będę z powrotem w Londynie. I dodałem głośno:- Przyjadę na schabowy!
Słowo się rzekło…


 
 London Eyes, Sylwester 2008. Ảnh: Ngô Đăng Quang


*****

Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008

Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny

Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce

Część III: Pierwszymi bohaterami Wietnamu były kobiety

Część IV: Wyzysk, Indeksacja i PKW

Część V: Cielęcina w pięciu smakach i kapitalizm z ludzka twarzą

Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.

Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część V


Czy pamiętacie państwo jak wyglądał plac Konstytucji 10 lat temu? Ja nie bardzo mogę wyobrazić jak wyglądał, ale pamiętam, że wyglądał trochę inaczej. Nie pamiętam gdzie stał
kiosk gastronomiczny z jedzeniem wietnamskim, z nazwą popularnego kwiata Wietnamie. Należał do Polaka, który zatrudnił kucharza zawodowego prosto z Wietnamu. Znałem tego kucharza, bo jak miał wolny dzień od pracy to przyjeżdżał do restauracji wietnamskiej na Ochocie, do swojego znajomego, też kucharza, którego pomocnikiem byłem ja. Kucharz z placu Konstytucji był naprawdę sumienny, wymagający, dbający o szczegóły. Nic dziwnego, że klienci tłumnie przychodzili do kiosku, w którym pracował. Jego pracodawca był wobec niego bardzo życzliwy, wynajmował całe mieszkanie dla niego, dobrze płacił, ściągnął później do Polski i jego żonę. Kilka lat później kiedy zaczęto likwidować handel na placu Konstytucji, Polak- właściciel baru ulicznego, przeniósł interes do hipermarketu na Bemowie. Mój znajomy kucharz poszedł za nim, do nowego miejsca pracy, tym razem jako wspólnik swojego dotychczasowego pracodawcy.

Na placu Konstytucji pewna wietnamska pszczelarka miała aż kilkanaście takich kiosków! Już w tych latach zdążyła przyprowadzić do Polski i swoje rodzone rodzeństwo i braci stryjecznych i siostry cioteczne. I siostrzeńcy i bratańcy, całe mnóstwo rodzinnych koneksji pracowali na placu Konstytucji. Owszem, jak przyjechali do Polski to niczego nie mieli oprócz chęci pracy i zarobienia jak najwięcej ilości pieniędzy. Na początku pracowali dla pani Ngoc, niekiedy na dwie zmiany i siedem dni w tygodniu. Po jakimś czasie jak już zgromadzili trochę pieniędzy, jakąś sumkę zaoszczędzili, zdobywali doświadczenia a chcieli prowadzić własny interes to i przestali być zatrudnieni u krewnych. Odnajmowali kioski od krewnej, albo kupili gdzieindziej małą budkę i zaczęli pracę na własny rachunek.
Kucharz z kiosku na placu Unii Lubelskiej był jednym z takich osób. Tak dbał o swój własny interes, że recenzent kulinarny Gazety Wyborczej, pan Piotr Bikont dostrzegł efekt jego pracy, docenił jego wysiłek. Dania z tego kiosku dostały pochlebne oceny i niepozorny kiosk gastronomiczny na placu Unii Lubelskiej miewał nieprawdopodobne obroty! Od pomocnika kucharza do właściciela restauracji to jak pucybut amerykański stał się milionerem. Niestety nie jest to reguła, zwłaszcza w moim przypadku.

W roku 1995 przyjechawszy z Krakowa do stolicy zacząłem pracę jako kierownik restauracji przy ul. Broniewskiego. Jednym z dwóch właścicieli tej restauracji był były kucharz restauracji Bong Sen przy ulicy Poznańskiej, pierwszej restauracji wietnamskiej, powstającej w drugiej połowie lat 80-tych. Były kucharz bywał właścicielem restauracji czyli szefował, ale często też pracował w kuchni. Zajmował się także szkoleniem nowo przyjeżdżających do Polski kucharzy. W odróżnieniu od barów ulicznych, co poważniejsze restauracje w tych latach przyprowadziły zawodowych kucharzy z Wietnamu. Wówczas można było stosunkowo łatwo dostać wizę z prawem do pracy do Polski. Poznałem kilkunastu z nich. Początkowo pracowali bardzo ciężko, po 12 godzin dziennie, prawie siedem dni w tygodniu. Owszem wynagrodzenie ich było stosunkowe wysokie. I całość mogli odłożyć, bo pracując prawie na okrągło w restauracji na nic nie musieli wydać. Oczywiście wysyłali pieniędzy do kraju aby pomóc rodzinie. Większość jednak marzyła o ściągnięciu rodziny do Polski i otworzeniu własnego baru. Po roku lub dwóch zazwyczaj mogli już myśleć o własnym interesie. Więc powstały nowe bary, nowe budki gastronomiczne, coraz dalej od placu Konstytucji, coraz dalej od centrum Warszawy…

Krach nastąpił w 2003 roku, po słynnym skandalu z psim mięsem i niesprawiedliwej nagonce w mediach polskich. Niestety Wietnamczycy nie mogli wytoczyć mediom proces jak w Ameryce, gdyby takowa rzecz tam miała miejsce. Większość moich znajomych kucharzy zamknęła swoje bary i powyjeżdżała do Wietnamu. Jednak po dziś dzień można spotkać w Warszawie i w innych miastach właścicieli restauracji, którzy w latach 90-tych przyjechali do Polski jako kucharz.

Pszczelarka z Placu Konstytucji w dalszym ciągu prowadzi lokale gastronomiczne i to całkiem niedaleko placu. Jedno tu, drugi tam. Pojechała specjalnie do Wietnamu, aby znaleźć wybrańca swojego serca. Ich dzieci, tutaj się urodziły, chodzą do francuskiej szkoły w Warszawie. Skandal z psim mięsem na Stadionie Dziesięciolecia niemal nie doprowadził ich do bankructwa. Mieli trudności z płaceniem czesnego. Myśleli o wysyłaniu dzieci do Wietnamu. Ale powoli, cierpliwie odbudowali swoje „imperium” gastronomiczne. Owszem to nie są ekskluzywne lokale na mapie kulinarnej Warszawy, ale mają wiernych klientów, ceniących proste, dobre ale niedrogie jedzenie. Ot takie wietnamskie bary mleczne.

CDN: Ja, Polak beznadziejny!

*****

Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008

Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny

Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce

Część III: Pierwszymi bohaterami Wietnamu były kobiety

Część IV: Wyzysk, Indeksacja i PKW

Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.

Wyzysk, Indeksacja i KPW

Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część IV
Wyzysk pracodawcy i nauczka KPW

Część III
można tutaj poczytać

Rok 1989. Jakże znaczący, nie tylko dla historii Polski ale także dla pewnego prywatnego przedsiębiorcy z Łodzi. To on ściągnął ponad setkę wietnamskich krawcowych wraz z tłumaczem do Polski do pracy (w dobrej wierze i z nadzieją!). Nie wiedział i nie mógł wiedzieć, jak te drobne Azjatki zmienią polski krajobraz! I taka dotkliwa nauczka! (Z pespektywy czasu oczywiście, a później wyjaśnię szerzej). Może tak może i nie, ale czasy nie sprzyjały polskiemu młodemu kapitaliście specjalizującemu w przemyśle odzieżowym. Szczegółową analizę pozostawiam historykom, ekonomistom zajmującym się najnowszym dziełem Polski, jej transformacją ustrojową i gospodarczą. Ja przypominam tylko o szalejącej inflacji w latach 90. oraz o tym, że w roku 1990 prawdopodobnie mieliśmy w Polsce już wolną prasę.

Na pewno wolno było redaktorom z czasopisma „Veto” zatytułować swój artykuł bardzo sensacyjnym zdaniem. Ot np. „ Krawcowe z Wietnamu pracują i mieszkają jak niewolnice”. To nie są cytaty dokładne z tego artykułu, po prostu nie pamiętam. I o ile pamięć mi się nie myli, to był tygodnik wychodzący z Łodzi, ponoć był to Tygodnik Każdego Konsumenta.

A pracowały nasze krawcowe ponoć bardzo ciężko, mieszkały w ciasnocie, w domu otoczonym wysokimi murami i nie wolno im po pracy nigdzie wychodzić. Tak podobno było, ale co najważniejsze, pensje miały głodowe, nie nadążały za szalejącą inflacją.

 
 Oto indeksacja. W latach 90-tych szalała w Polsce inflacja. Ostatnie moje stypendium studenckie, które dostałem w dniu 20 września 1990 roku, wynosiło 868.200 zł! Czy prywatny pracodawca z Łodzi zastosował indeksację także wobec naszych krawcowych?


Mój młodszy kolega z wydziału Okrętowego Politechniki Szczecińskiej czym prędzej przetłumaczył artykuł na wietnamski. I czym prędzej wysyłał do Wietnamu, do redakcji Sztandaru Młodych, no przepraszam, do Tiền Phong’a, organu Komunistycznego Związku Młodzieży Wietnamskiej, więc jakby odpowiednika Sztandaru Młodych.

A tam czekano tylko na takie sensacje z tej Polski Kapitalistycznej! Przetłumaczony artykuł został szybko wydrukowany i nie trudno wyobrazić jak Nowi Ludzie Socjalizmu wietnamskiego reagowali na dziki polski kapitalizm, kapitalizm bez ludzkiej twarzy!

Towarzysze z Komunistycznej Partii Wietnamu- partii robotników i inteligencji pracującej- czym prędzej wysyłali delegację do Polski, aby rozliczyła się z polskim kapitalizmem. Aby sprawdziła w jakich warunkach żyją i pracują nasze wietnamskie kobiety w tej już niesocjalistycznej Polsce. Lud pracujący, zwłaszcza kobiety, mają swoje prawa, szanowny obywatelu Łodzianinie!, krzyczeli głośno jeszcze w Wietnamie…

Nie wiem czy udało się naszym towarzyszom wygłosić wyższość socjalizmu nad kapitalizmem naszemu biednemu polskiemu przedsiębiorcy, stojącemu na krawędzi bankructwa. Nie chcę dociekać. Nie wiem też czy nasi delegaci nie rozeszli się w różnych częściach kraju między Bugiem a Odrą i Nysą, jak większość ich rodaków w tym czasie. Wiem tylko jedno, nasze dzielne i obrotne krawcowe zdecydowały wziąć sprawę w swoje ręce. Jadąc do Krynicy Morskiej na wakacje widziałem dwie z nich, stojące przed budynkiem dworcu w Gdańsku. Sprzedawały różne bluzki i podomki z dużym haftowanym smokiem. Nie był to smok wawelski…

A czasy były ciekawe, rynek zbytu był nienasycony, wchłaniający wszystko. Można było pohandlować byle czymś, wykupywali wszystko, co tylko miałeś do oferowania. I to całkiem za przyzwoitą ceną! Klienci byli życzliwi dla skośnookich sprzedawców. Przez dłuższy czas jedyną opłatą, którą trzeba było zapłacić to opłata targowa, która trafiła do kasy samorządów lokalnych bądź, jak nie było tych samorządów, to do kas różnych instytucji, spółki i osób zarządzających bazarem, placem handlowym. Nie oszukujmy się, tak samo dotyczyło rdzennych kupców, mających zarejestrowaną działalność lub nie, i wszystkich słowiańskich braci i sióstr zza granicy wschodniej…

Więc nasze bohaterki szybko stanęły na nogach, odkładali co nieco złotówki, pozmieniały na dolary w kantorach, nawet u Grobelnego! Ściągnęły do Polski swoich mężów bądź wyszły za mąż za różnych dżentelmenów wietnamskich w Polsce, będących jak dotąd kawalerami, z definicji. A plac targowy zawsze był pojemny, było miejsce dla mnie to starczy i miejsce dla ciebie, bracie! Im więcej kupców, tym więcej opłat targowych, a więc handluj, kto może! Tym bardziej, że pracownicy firm zarządzających placem targowym, bazarem zawsze wymyślali sposób na wyciągnięcie dodatkowych opłat od skośnookich kupców. A to za szczęki, a to za stolik składany, a to za dodatkową siatkę reklamującą majtki i staniki! Nic dziwnego, już prawie reguła:- skośne oko konia tuczy…

Interes rodzinny kwitnął na potęgę. Już nie tylko jedno stoisko, nie jeden bazar. Już nie detal, ale hurt. Już nie tylko sprzedawcy bezpośredni, ale importerze. Importerze odzieży z Wietnamu, z Chin, Tajlandii. Raptem, 5 czy 10 lat po obecności naszych krawcowych w Łodzi zewsząd słychać, że import odzieży z Dalekiego Wschodu doprowadził do bankructwa całego przemysłu odzieżowego, dziewiarskiego i włókienniczego w Łodzi. Proszę państwa, nic prostszego, po prostu zemsta wietnamskich krawcowych po latach!

I raptem 14, 15 lat po Okrągłym Stole, w 2003 roku odbyły się co najmniej dwie obławy na handlarzy wietnamskich i ich towary na bazarze w okolicy Stadionu Dziesięciolecia, zorganizowane przez kilka służb polskich: urząd skarbowy, straż graniczny, urząd celny. Mnóstwo naszych krawcowych i ich rodzin straciło majątek. Handel, legalny czy nielegalny, jak pracownicy urzędu skarbowego zaczną liczyć sztukę po sztuce to prędko wyrzuć wszystko, bracie!, i uciekaj, jak oczy wybrał, razem z całą resztą! Kupcy- tubylcy czynili tak samo…

Dokonujący obławę funkcjonariusze poinformowali dziennikarzy, że mieli nakaz wydany przez Prokuraturę Łódzką, na żądanie i zgłoszenie łódzkich biznesmenów. Oko za oko, ząb za ząb, zemsta po zemście, tak w kółko Macieju! I wszystko za sprawą figlarnych wietnamskich krawcowych, które przyjechały pewnego dnia do Łodzi…

CDN

*****

Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny

Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce

Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.

Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część III
Pierwszymi bohaterami historii Wietnamu były kobiety



Na przygotowawczym kursie języka polskiego w Hanoi, kiedy zobaczyliśmy zeszyt i hasło wspomniane na początku tego tekstu, niektórzy z nas próbowali wytłumaczyć naszej nauczycielce, że mamy powiedzenie po wietnamsku o zbliżonym sensie:- „Phi thương bất phú”(bez handlu nie ma bogactwa, bez handlu człowiek nie będzie bogaty).

Nie można tym wytłumaczyć powszechnego kojarzenia teraz Wietnamczyków w Polsce z drobnymi kupcami na bazach, niemniej faktem jest, że gdy trzeba było utrzymywać się samodzielnie po kilku latach studenckiego życia bez trosk, handel był najłatwiejszym sposobem zarobkowania.


 Handel to życie. Jak  widać pod koniec lat 80. bywały gdzie indziej kolorowe jarmarki, a nie tam w stolicy Jarmark Europa. Ảnh: Ngô Đăng Quang
 
Jako stypendyści rządu PRL mieliśmy akademik za darmo, rolkę (albo nie) papieru toaletowego za darmo (raz w miesiącu przy wymianie pościeli). Ale przede wszystkim mieliśmy miesięczne stypendium w wysokości dwóch trzecich miesięcznego wynagrodzenia asystenta wykładowcy. Ostatnie moje stypendium studenckie, które otrzymałem w dniu 20.09.1990 r. wynosiło, w co trudno uwierzyć, 868.200 złotych! Studiować nie umierać! Komuno wróć! Nie wydawałem wszystkich pieniędzy z tego ostatniego stypendium. Po dziś dzień z tej sumy ciągle mam 200 zł. Zapewne przeznaczyłem to na czarną godzinę!

 
 Ostatnie moje studenckie stypendium 868.200 zł. Zostawiłem 200 zł na czarną godzinę. Ảnh: Ngô Đăng Quang

Motywacji do pracy zarobkowej nigdy nam nie brakowało. Niektórzy z nas (zwłaszcza doktoranci) mieli już żonę i dzieci w Witenamie, a prawie wszyscy musieliśmy pomagać rodzinom: rodzicom, rodzeństwu, nawet dalszej rodzinie w Wietnamie. Takie były czasy i taka była mentalność. Studiujesz, bywasz zagranicę to twoim obowiązkiem jest pomagać wszystkim, którzy nie mają takie szczęścia co ty.

Jednak mi, biednemu studentowi ale panu, nie tak łatwo podjąć taką pracę kupca czy handlarza obwoźnego. Moim kolegom też nie było lżej. Poczucie wstydu, skrępowania, staczania na niewłaściwą drorogę kariery na długo towarzyszyło nam podczas wypadów na wiejskie, małomiasteczkowe bazary czy place targowe w mieście. Na pewno my studenci nie byliśmy najlepszymi kupcami i na pewno nie byliśmy pionierami, którzy podjęli trud handlowania na bazarze, na chodniku, na ulicy, w przejściu podziemnym- gdziekolwiek, byle tylko kręciła się dookoła duża liczba przechodniów i ludności rdzennych!

Pierwszymi Wietnamczykami, którzy łamali taką barierę psychologiczną, przezwyciężyli poczucie wstydu, aby stać w miejscach publicznych i sprzedawać bluzki haftowane, podomki, szlafroki i inne drobiazgi, były wietnamskie krawcowe, które przyjechały do Łodzi do pracy na zaproszenie prywatnego przedsiębiorcy.

Mało kto zaprzecza zasługi naszych dzielnych krawcowych w tworzeniu, zdobywaniu wolnego rynku handlu detalicznego w Polsce. Na licznych imprezach okolicznościowych np. z okazji okrągłej rocznicy pobytu w Polsce, czy środowiskowych typu Naszej Klasy, które jak dobrze jestem poinformowany, nie wiedzieć czemu często odbywają się w warszawskiej Oberży pod Czerwonym Wieprzem, ze ścian której Mark, Engels i Lenin patrzą na konsumentów dostojnym spojrzeniem i z dobrotliwym, ale nieco ironicznym uśmiechem, nasi rodacy rzewnie i nostalgicznie wspominają taki początek prawdziwego kapitalizmu polskiego i siłę przebicia naszych drobnych rodaczek w wolnorynkowej gospodarce w Polskiej Rzeczypospolitej już nie Ludowej.


CDN

*****

Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny

Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce

Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.

Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część II


Małżeństwa mieszane wietnamsko-polskie dały pewien początek społeczności wietnamskiej w Polsce. Zarobki Wietnamczyków, niezależnie od tego, jak było ciężkie życie i jakiego charakteru była wykonywana przez nich praca (fizyczna czy umysłowa) wystarczały, żeby sprostać podstawowym wymaganiom rodziny w realiach społeczno-kulturalnych tamtej Polski. Nieliczne mieszane małżeństwa wyemigrowały na Zachód. Możliwe, że tam ich praca przynosiła lepsze efekty. Większość została jednak w Polsce. Wpadali w rytm życia przeciętnej rodziny polskiej, z pewną tylko dozą egzotyczności. Dzieci ich były (i są) Polakami z krwi i kości, mało znają kulturę wietnamską i w ogóle nie posługują się językiem wietnamskim.

 
 Małżeństwa wietnamsko-polskie dały początek wietnamskiej społeczności w Polsce. Ảnh: Ngô Đăng Quang


W drugiej połowy lat 80-tych ubiegłego wieku, wraz z rozwojem sytuacji polityczno- opozycyjnej w Polsce regulamin ustawiony przez odpowiednie organy ambasady wietnamskiej wobec studentów i absolwentów był mniej restrykcyjny. Lub i nie trzeba było przestrzegać go jak kiedyś. Można było wziąć urlop dziekański (bez ryzyka wyrzucenia z studiów przez władzę wietnamską), aby pracować, lub chociażby podróżować do innych krajów bratnich, tam gdzie niekiedy koledzy ze szkoły studiowali. (A podróż połączona z drobnym handlem międzynarodowym- choćby w strefie rublowej- nie była wyłącznie domeną turystów polskich!).

I wyniki w nauce nie były takie ważne, nie żądano już, aby studenci uzyskali tylko wyniki dobre albo bardzo dobre. Po studiach można było pozostać przez jakiś czas w Polsce; jeśli jakikolwiek zakład (wówczas tylko państwowy) zgodził się zatrudnić to absolwenci wietnamscy mogli podjąć pracę. Taka grupa inżynierów wietnamskich pracowała w stoczniach szczecińskich i Trójmiasta, na Śląsku w kopalniach. Oczywiście, w dalszym ciągu, jak dawniej ci, którzy uzyskali bardzo lub tylko dobre wyniki w nauce i na obronie pracy dyplomowej mogli pozostać na uczelni, aby pracować i napisać pracę doktorską.

W tych latach też została zawarta duża (największa stosunkowo do ogółu liczby Wietnamczyków obecnych w Polsce) liczba małżeństw polsko-wietnamskich.

W tych latach była też pewna, nieduża ale warta podkreślenia, grupa studentów wietnamskich, która przerywała studia z własnej woli lub z powodu wyrzucenia przez ambasadę wietnamską (niekoniecznie z powodu osiągania słabych wyników w nauce). Praca dorywcza lub drobny handel (spekulacyjny jak w tamtych czasach się mówiło) były dość powszechne wśród nich. I można powiedzieć, że stanowiła ona pierwszą grupą nielegalnych imigrantów wietnamskich, nieściganą ani przez władzę polską ani wietnamską. Wcześniej było to niemożliwe, władza wietnamska (w ambasadzie) własną siłą lub za pomocą władzy polskiej zmusiła ich do powrotu do kraju. (Prawie wszyscy z tej grupy zalegalizowali swój pobyt na początku lat 90-tych).

Pod koniec lat 80-tych nikt z studentów wietnamskich nie myślał o powrocie do kraju. W każdym razie osoby wyjeżdżające do Wietnamu po studiach z każdego roku akademickiego można było liczyć na palcach jednej ręki. (A na jednym roku akademickim przebywało wówczas około 40 studentów i aspirantów- doktorantów w całej Polsce).

W roku 1989, przyjechała do Polski, do Łodzi grupa około 150 krawcowych wietnamskich, do pracy w prywatnej firmie. I na przełomie dekady 80-90 legalnie przyjechała do Polski pewna grupa dziewcząt i chłopców wietnamskich na naukę zawodu pszczelarza. Warto o tych grupach wspomnieć min. z tego powodu, że dziewczyny z tych grup dały możliwości zawarcia małżeństw wietnamsko-wietnamskich i założenia rodzin wietnamskich w Polsce! Po prostu wcześniej przez dłuższy czas nie było studentek i panien wietnamskich w Polsce…(Studentki? Po co? Znowu wyjdą za mąż za Polaka!).

W tych latach przyjechała też do Polski legalnie grupa około 40 robotników:- konserwatorów, rekonstruktorów zabytków- udoskonalających swój fach w Lublinie. To oni zbudowali replikę Chùa Một Cột- Pagody na Jednym Palu- na dziedzińcu muzeum Azji i Pacyfiku na Solcu.

Prawie wszyscy tutaj wymienieni: studenci, doktoranci, krawcowe i robotnicy nie chcieli wrócić do Wietnamu. Czy można im się dziwić? Raczej nie, w Polsce i nie tylko, nastała właśnie Jesień Ludów, i Polacy, i my, Wietnamczycy w Polsce, mieliśmy wolność we wszystkim. Ściślej mówiąc, prawie we wszystkim… A to już bardzo dużo!


CDN

*****

Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008
Część I
Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj:  www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.


Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista


W latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku przed wyjazdem do Polski wietnamscy studenci- stypendyści rządu PRL-u przez rok akademicki uczyli się języka polskiego w Wyższej Szkole Języków Obcych w Thanh Xuan, miejscowość znajdująca się wówczas pod Hanoi-em (dziś jest to juz dzielnica miasta).

Oprócz lektorzy wietnamskich uczyła nas języka polskiego lektorka z Polski. Nasza pani od polskiego miała zeszyt z Polski, na okładce którego drukowany był pewien napis, który mam- mi się wydaje- ciągle przed oczami. Napis był bardzo prosty, więc nie mieliśmy trudności z jego zrozumieniem i zapamiętywaniem. „HANDEL TO ŻYCIE”, napis złożony był zaledwie z trzech słów.

 
HANDEL TO ŻYCIE, ostatnia transakcja w Dziesięcioleciu. Ảnh: Ngô Đăng Quang


To był bardzo znamienny, dużo znaczący napis dla nas, młodych obywateli społeczeństwa socjalistycznego, świeżo upieczonych maturzystów. Albowiem handel wówczas u nas to monopol państwowy, nieliczni prywatni kupcy byli traktowani jak spekulanci i potencjalni przestępcy gospodarczy, niemile widziany zawód… I nie wiedzieliśmy lub co najmniej ja nie wiedziałem, że to właśnie w handlu miałem znaleźc zatrudnnienie bezpośrednio po studiach w Polsce. Ale po kolej.
 
Początki wietnamsko-polskie- od lat.50 do 90. XX wieku

Wietnam i Polska nawiązała stosunek dyplomatyczny w roku 1950. Kilka lat później pierwsi studenci wietnamscy przyjechali do Polski na studia. W latach 60-tych to nie tylko studenci (w tym także wojskowi), a także młodzi robotnicy wietnamscy zdobywali zawód w Polsce, w przemyśle okrętowym, maszynowym i chemicznym. Generalnie jednak można pisać, że nie było wietnamskich gastarbeiterów- jak w latach 80-tych określano- w Polsce, w odróżnieniu od innych krajów demoludów w bloku socjalistycznym.

Mimo zakazów, nakazów i mnóstwa rygorystycznych regulaminów dotyczących studiów i warunków zamieszkiwania, zachowania się w Polsce, ustanowionych przez wydział edukacji w Ambasadzie Wietnamskiej dla studentów i zdobywających zawody robotników pierwsze małżeństwa polsko-wietnamskie zostały zawarte już w latach 50 i 60-tych. I sądzę, że małżonkowie wietnamscy z tych małżeństw jako pierwsi musieli znaleźć i podjąć pracę, aby zarobic na życie w Polsce. (Oczywiście nie licząc tymczasowe, sezonowe, okazyjne czy letnie prace wietnamskich studentów w studenckich spółdzielniach pracy).

 
 Praca nie hańbi. Jedną z możliwości podjęcia pracy przez studentów wietnamskich było zarejestrowanie się w studenckiej spółdzielni pracy. Foto: Książeczka pracy. Ngô Đăng Quang

 
Pewien mój rodak do późnych lat 80-tych pracował jako motorniczy w Trójmieście. Inna moja rodaczka po studiach pracowała jako operatorka urządzeń i sprzętów medycznych w szpitalu. Razem z mężem- wykładowcą Akademii Rolniczej w Szczecinie wraz z dwójką dzieci na początku lat 90-tych mieszkali jeszcze w hotelu akademickim w bardzo skromnych warunkach. W latach 1990-1992 musiała dorabiać jako kelnerka w pierwszej wietnamskiej restauracji w Szczecinie, należącej do mojego obrotnego kolegi z wydziału okrętowego Politechniki Szczecińskiej…Pewna grupa wietnamskich inżynierów długo, długo pracowała pod ziemią na Śląsku.

W roku akademickim 1983-1984, kiedy się uczyłem języka polskiego w Łodzi, pan Truong Anh Tuan, późniejszy długoletni prezes Towarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Wietnamczyków w Polsce, skończywszy studia i ożeniwszy się z Polką, musiał szukać pracy w Łodzi. Aby oszczędzić pieniądze waletował kilka miesięcy u nas w domu studenckim przy ulicy Rodzeństwa Fibaków, w miasteczku studenckim należącym do Uniwersytetu Łódzkiego. I chyba w tamtych czasach, kto chciał to znalazł pracę. I pracował, bowiem podobno nie było bezrobotnych w PRL-u!

CDN

*****

Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiazce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008


Điện ảnh Mười vị

Trong các ngày 2-5 tháng Mười tại Vácxava ở các rạp Muranów và Kinoteka sẽ diễn ra Liên hoan phim Việt Nam lần thứ hai mang tên “Điện ảnh ngũ vị”. Các phim tham dự liên hoan phim cũng sẽ được trình chiếu tại Gdansk, Krakow, Łodz và Poznan.

Tại liên hoan phim, các phim mới nhất của nền điện ảnh Việt Nam sẽ được trình chiếu, trong số đó phải nói đến phim được giải nhiều lần „ Cú và chim se sẻ” của đạo diễn Stephane Gauger, người Việt Nam với tên họ Mỹ, hay „Chuyện của Pao” của đạo diễn Ngô Quang Hải. Viên ngọc của trương trình liên hoan sẽ là những phim Việt Nam ngoài luồng của hãng TPD ở Hà Nội, những phim đã vượt qua vòng kiểm duyệt.

Ngoài ra phim của các nền điện ảnh khác về chủ đề Việt Nam cũng được giới thiệu. Trong số này có một tiếng nói quan trọng từ Pháp thuộc trào lưu làn sóng mới chống chiến tranh, bộ phim „ Cách xa Việt Nam” (Loin du Vietnam), mà trong đó Claude Lelouch, Alian Resnais, Agnes Varda, Jean- Luc Godard…đã thực hiện tiểu phẩm luyện tập- etude.

 
 Đạo diễn Việt Linh (Mê Thảo. Thời vang bóng) và nhà sản xuất phim Nguyễn Lâm (Vượt sóng) trong LHP Điện ảnh ngũ vị 2007. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Sắp tới đây sẽ có chương trình chi tiết

Liên hoan phim có tính xã hội rõ rệt, bởi mục đích của nó ngoài việc cung cấp các món ăn điện ảnh hấp dẫn mới lạ còn là giới thiệu nền văn hóa của cộng đồng sắc tộc thiểu số đông nhất ở Vácxava và Ba Lan. Vì thế cùng với các buổi chiếu phim là một chương trình giàu có, đa dạng: các cuộc gặp gỡ với các nhà sáng tạo và khách mời từ khắp nơi trên thế giới, các bài thuyết trình, diễn đàn tranh luận. Đặc biệt, một chương trình về giáo dục phong phú dành cho giáo viên các trường học tại Vácxava đã được chuẩn bị. Và trong khuôn khổ liên hoan phim các giải thưởng của cuộc thi ảnh sẽ được công bố.

Liên hoan phim Việt Nam „Điện ảnh ngũ vị”  lần hai

Hương vị mới lạ.
Những phong cảnh cực kỳ hấp dẫn, một ngôn ngữ đầy giai điệu, một không khí đậm đặc và những chân dung mê ly như vậy thì chẳng có một nền điện ảnh nào khác có thể cung cấp được. Bởi trên thế giới chẳng có một vịnh Hạ Long thứ hai và cũng chẳng có một Hà Nội thứ hai với những chiếc hồ thơ mộng.

Hương vị lịch sử. Lịch sử đau thương của nước Việt Nam, rất giống với lịch sử Ba Lan, gây sốc và rung động lòng người. Điện ảnh giúp tìm hiểu và hiểu biết tường tận hơn về nó.

 
 Cha sứ Edward Osiecki và nhà sư Thích Đạo Ân (đã mất) trong LHP lần thứ nhất. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Hương vị của đối thoại. Điện ảnh kích động chiếu vuông tranh luận. Một loạt các cuộc gặp gỡ với khách mời giữa các buổi chiếu giúp nội dung các cuộc tranh luận phong phú thêm bằng các cuộc đàm thoại có giá trị, bằng sự giao lưu và trao đổi quan điểm.

Hương vị khám phá. Cộng đồng người Việt là cộng đồng người nước ngoài đông nhất sinh sống tại Ba Lan, nhưng văn hóa và phong tục của họ vẫn chưa được biết đến. Còn rất nhiều để khám phá.

Hương vị khai mạc. Trong rạp không có gì ngon hơn là bộ phim mà từ trước đến nay chẳng ai được xem và một sớm một chiều tới đây chắc cũng không có cơ hội được xem. Những món ăn điện ảnh khác lạ sẽ có mặt tại Ba Lan vào tháng 10 năm 2008!

 
 Nguyễn Quốc Thành- một trong số những nhà tổ chức LHP, đứng trước chân dung bà nội, do họa sỹ người Ba Lan thực hiện trong Kháng chiến chống Pháp. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Bài do ban tổ chức LHP cung cấp

Cuộc thi ảnh về cộng đồng Việt Nam tại Ba Lan Orientuj się!

Cộng đồng Việt Nam là cộng đồng người di dân lớn nhất ở Ba Lan. Mặc dù có thể có đến 50 nghìn người Việt sinh sống tại đây nhưng ít ai biết nhiều về họ. Người Ba Lan liên tưởng đến người Việt thông qua các quán bar Á châu và những quầy hàng quần áo giày dép trên các chợ trời. Người Việt gây chú ý bởi vẻ đẹp lạ lẫm và sự khác biệt về văn hóa. Họ hòa nhập chậm, và có thể vì vậy ít người biết rằng Liên đoàn bóng đá của người Việt hoạt động rất tích cực tại Ba Lan; rằng không xa Sân vận động 10 năm có chùa Một cột, hoặc không biết rằng đến tận tháng hai người Việt mới đón năm mới, rất to và rất vui.

 
 Múa "Hoa thơm bướm lượn". Ảnh: Ngô Đăng Quang

Cuộc thi ảnh với chủ đề cộng đồng Việt Nam tại Ba Lan Orientuj się! dành cho cả người Ba Lan và Việt Nam. Một mặt, mục đích của cuộc thi là để khuyến khích người Ba Lan khám phá tiềm năng cực lớn xuất phát từ sự có mặt của một nền văn hóa khác trên đất nước mình. Nguồn cảm hứng có thể là cuộc sống hàng ngày của người Việt Nam cũng như một không khí Phương Đông mà họ tạo dựng lên. Mặt khác, cuộc thi cũng hướng về những người Việt Nam muốn nhìn nhận sự có mặt của chính mình tại Ba Lan thông qua ống kính máy ảnh và kể về cộng đồng của mình với tư cách của những người trong cuộc.

 
 Warszawiacy- Dân thủ đô Vácxava. Ảnh: Ngô Đăng Quang

Vòng chung kết của cuộc thi sẽ diễn ra trong khuôn khổ Liên hoan phim Việt Nam "Điện ảnh ngũ vị” lần thứ hai, vào các ngày 2-5 tháng 10 tại Warszawa. Các bộ phim tham dự liên hoan phim cũng sẽ được trình chiếu tại Gdańsk, Kraków, Łódź và Poznań. Đây là một dự án lớn do Quỹ nghệ thuật Arteria tổ chức. Trong những năm gần đây Quỹ nghệ thuật Arteria đã tạo dựng và tham gia nhiều hoạt động tích cực nhằm quảng bá cộng đồng Việt Nam tại Ba Lan.

Giải thưởng chính của cuộc thi ảnh bao gồm:
Giải nhất- 2000 zł
Giải nhì- 1000 zł
Giải ba- 500 zł
và các giải khuyến khích bằng hiện vật.

Các bức ảnh dự thi sẽ được đánh giá bởi ban giám khảo chuyên nghiệp bao gồm nhiều nghệ sỹ từ nhiều lĩnh vực nghệ thuật khác nhau:
- Kinga Kenig- nhà phê bình nhiếp ảnh, fotoeditor;
- Krzysztof Miller – phóng viên nhiếp ảnh;
- Nguyễn Quốc Thành- người tổ chức Liên hoan phim Việt Nam "Điện ảnh ngũ vị", nhà phê bình thời trang;
- Anna Okrasko – nghệ sỹ, tác giả triển lãm Choppers được gây cảm hứng từ chuyến du lịch đến Việt Nam;
- Marcin Wrona – đạo diễn, đạo diễn và tác giả kịch bản phim truyện Giọt máu của tôi (chiếu khai mạc vào năm 2009). Bối cảnh phim diễn ra trong cộng đồng người Việt Nam sinh sống tại Ba Lan.

Thời hạn cuối cùng gửi ảnh dự thi là ngày 20 tháng Chín năm 2008.

Xin tham khảo chi tiết nội quy tham dự cuộc thi trên
trang điện tử của Quỹ Arteria.

 
 Họp hội nghị "Quyền lao động tại Việt Nam" tại trụ sở Quốc hội Ba Lan. Ảnh: Ngô Đăng Quang

Bài viết lấy từ trang điện tử Quỹ Nghệ thuật Arteria

Tymczasowość życia w Polsce

Część I: Wprowadzenie

Część II: Tymczasowa praca, tymczasowy pobyt

Cudze chwalę

Czy tak samo się dzieje w Niemczech, w Czechach i na Słowacji? Nie sądzę, po zjednoczeniu Niemiec gastarbeiterzy wietnamscy dostali odpowiednią „kuroniówkę”, jeśli stracili pracę. Mogli i mogą pracować bez dodatkowych pozwoleń. Dostali dofinansowanie na przekwalifikowanie się zawodowe. Co najważniejsze, ponad 85% Wietnamczyków w Niemczech i Czechach ma legalny pobyt. Nie czują więc ryzyka deportacji po 5, 10 latach zamieszkania. Nie mają poczucia tymczasowości, tak jak Wietnamczycy w Polsce. Swoje życie wiążą z krajami pobytu, chętnie podejmują jakiekolwiek prace w tych krajach, aby można było spokojnie żyć. W Niemczech np., aby pracować jako kucharz w restauracji wietnamskiej nie trzeba przedkładać w urzędzie pracy świadectwa ukończenia kursu gastronomii. Poza tym czytelne przepisy (nie uznaniowość tak jak jest w Polsce) bardzo ułatwiają życie. Kilka lat temu, jeśli imigrant (imigrantka) wietnamski zarabiał co najmniej 1400 euro miesięcznie, mógł ściągnąć do Niemiec żonę, dzieci. W Berlinie moja znajoma, młoda rolniczka z mojej wsi, która prawie nie mówi po niemiecku, zatrudniła się w firmie sprzątającej, aby tylko móc sprowadzić dwóch małoletnich synów do siebie, do Niemiec. Ma teraz mały salonik pedicure i manicure i prowadzi już własny interes. Trzy lata temu przyjechały do niej dzieci, nauczyły się niemieckiego, chodzą do szkoły, mają znakomite wyniki w nauce.

 
 Na początku swojego pobytu w USA Wietnamczycy wykonywali bardzo proste zawody niewymagające kwalifikacje. Salon kosmetyczne to ich pierwszy własny biznes. Na zdjęciu salon kosmetyczny w Berlinie nalezący do Wietnamki. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Legalność życia i pracy imigrantów w Czechach z kolei jest bardzo tania. Wystarczy np. kupić najtańsze ubezpieczenie zdrowotne.

Nie wiemy, ilu dokładnie Wietnamczyków mieszka w Polsce. Z pewnością liczba ta już przekracza kilkadziesiąt tysięcy, może 30, może 40. W każdym razie w takiej liczbie odzwierciadla się w jakiś sposób społeczeństwo wietnamskie w Wietnamie. Wystarczy stworzyć tym ludziom warunki, aby mogli na stałe żyć i legalnie pracować w Polsce, aby podejmowali wysiłek pracy w swoich zawodach. Nie stwarzajmy im więc poczucia tymczasowości!

Weźmiemy przykład USA. Po 1975 roku Stany Zjednoczone masowo przyjmowały uchodźców z Wietnamu. Wietnamczycy przyjeżdżając do USA wiedzieli, że muszą związać nowe życie z tym krajem, że będą tam żyć na stałe. Nie można mówić w tym przypadku o tymczasowości. Czy dostawali od rządu USA pomoc, jaką chcieliby dostawać? Nie całkiem. Po roku lub niekiedy już po pół roku adaptacji i jako takim opanowaniu języka angielskiego, musieli radzić sobie sami. Podejmowali najprostsze prace i zawody np. na liniach montażowych urządzeń elektronicznych, czy samochodowych nie wymagających wysokich kwalifikacji. Wielu generałów, oficerów dawnej Republiki Wietnamu Południowego pracowało przy zlewozmywaku. To nie są tylko lekceważące hasła propagandowej prasy komunistycznej, ale fakty potwierdzone przez samych uchodźców wietnamskich. Pracowali w firmach sprzątających miasta lub sami zbierali śmieci i zajmowali się ich utylizowaniem bardzo prostą metodą. Niektórzy pracowali jako rybacy. Byli tak pilni i pracowici – wychodzili w morze na połowy dzień w dzień, noc w noc – że miejscowi rybacy zaczęli obawiać się konkurencji i protestować. Władza musiała interweniować i wyjaśniać obydwu stronom, dlaczego tak się dzieje, skąd ten konflikt. Część z tych rybaków ucierpiała potem bardzo w skutek huraganu Katrina. Byli to często starsi ludzie, którzy zajmowali się rybołówstwem jeszcze w Wietnamie i ze względu na wiek i dużą ilość pracy nie nauczyli się dobrze angielskiego. Wielu nie zrozumiało ostrzeżenia o zbliżającym się zagrożeniu...

Wszyscy uchodźcy wietnamscy w USA byli zdeterminowani, aby podjąć jakąkolwiek pracę. Wykonując na samym początku pobytu prace niewymagające wysokich kwalifikacji czy wykształcenia, nauczyli się powoli nowych zawodów, zdobywali nowe umiejętności i wyższe wykształcenie. Później wielu zmieniło zawód i pracę, na wymagającą wyższych kwalifikacji, wyższego wykształcenia, ale i lepiej płatną. Inni zaczęli myśleć o własnym, niewymagającym dużego kapitału początkowego interesie, takim jak zakład fryzjerski, salon piękności lub choćby stolik manicure, pedicure! Na pewno nie mogli pozwolić sobie na bycie bezrobotnymi, bo bardzo chcieli zmienić swoją dolę, aby ich dzieci miały lepsze życie.

Tak też się stało. Trzydzieści parę lat minęło, Wietnamczycy są obecni we wszystkich prestiżowych zawodach w Ameryce – w administracji lokalnej, stanowej i federalnej, w polityce. Są wśród tej młodej przecież społeczności imigracyjnej pisarze i poeci piszący po angielsku. Jeden z nich ma już dwa tytuły wydane w Polsce.*

Little Saigon – stolica wietnamskich uchodźców – miasto tętniące życiem, kultywujące tradycje i język wietnamski w słonecznej Kalifornii wzięło swój początek od małego odcinka Bolsa Avenue, przy której znajdowało się kilka wietnamskich sklepów i lokali usługowych i którą sami sami Wietnamczycy nazwali phố Sài Gòn (ulica Sajgonu).

 
 Siedziba wietnamskiego dziennika Người Việt w Kalifornii. Ảnh: Album cá nhân


Czy w Polsce Wietnamczycy będą mogli i chcieli pracować we wszystkich zawodach jak Wietnamczycy w Niemczech, w Czechach, w USA? Na pewnie tak. Ale jednym z podstawowych warunków takiego stanu rzeczy jest, żeby nie musieli martwić się o legalność swojego pobytu, dziś i jutro. Żeby mogli być legalnymi mieszkańcami tego kraju.

*****

*Kien Nguyen: Gobelin. Wyd. Albatros 2004 r. oraz Misjonarz. Wyd. Albatros 2007 r.

Tekst został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008

Wszystkie wcześniejsze wpisy blogu można tutaj poczytać

Tymczasowa praca, tymczasowy pobyt


W pierwszych słowach mego wpisu muszę napisać, że  tekst pod  tytułem „Tymczasowa praca, tymczasowy pobyt – Tymczasowość życia w Polsce” powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Jego pierwszą część jako wprowadzenie można tutaj poczytać, a poniższy stanowi dalszą cześć.


Gastarbeiterów wietnamskich w Polsce nie było

Przykładów Wietnamczyków pracujących w Polsce poza branżą handlu i gastronomii jest dużo więcej, zwłaszcza w młodym pokoleniu. Lê Tự Quốc Hùng należy do pierwszej setki osób, które zdobyły licencję doradcy finansowego i maklera giełdowego. Jest dyrektorem oddziału w jednym z dużych banków polskich. Quốc Anh pracuje jako stylista i projektant odzieży, lubi obracać się w środowisku młodych Polaków.

Nie sposób tu wymienić wszystkich, ale już na podstawie tych kilku przykładów widać, jak różne są to zawody. Jednak tych, którzy pracują poza handlem i gastronomią, łączy wspólny mianownik – mają już uregulowany status w Polsce: polskie obywatelstwo, kartę stałego pobytu, czyli mogą być zatrudniani bez żadnych ograniczeń. Tych, którzy pracują na podstawie wizy z prawem do pracy jest bardzo mało. Po prostu za dużo formalności do załatwienia i dla pracodawcy, i dla potencjalnego pracownika.

Wróćmy do naszego dziennikarza zajmującego się perfumami i modą. Przyjechał do Polski jeszcze jako stypendysta rządu PRL, ale pracę dyplomową obronił już w Polsce demokratycznej. Ponieważ podczas studiów podyplomowych nie dostawał już stypendium (dobrze, że nie musiał za nie płacić), musiał zarobić na życie. Radził sobie jak umiał, parę razy spotykaliśmy się na placu targowym w Oświęcimiu i w Chrzanowie. Zarabiał także jako artysta wykonawca, tańcząc w grupie baletowej. Profesorowie starali się pomagać, powierzając mu letnie zajęcia ze studentami zaocznymi. Wszystko to jednak nielegalnie, bo Wietnamczyk ten nie miał zezwolenia na pracę.

Któregoś dnia wiosną czy na początku lata, ja, ów znajomy dziennikarz i parę innych osób gościliśmy w studiu TVP Kultura. Felieton telewizyjny był realizowany wcześniej, ale wywiad „szedł” na żywo w studiu. Redaktor prowadzący zadał naszemu dziennikarzowi pytanie, czy chce zostać w Polsce. Odpowiedział, że owszem, po 19 lat nieprzerwanego pobytu w Polsce chciałby, ale nie od niego to zależy, tylko od urzędników. Redaktor na koniec programu życzył mu więc, aby się udało.

Parę miesięcy później kolega-dziennikarz poinformował mnie, że opuszcza Polskę, że wraca na stałe do Wietnamu. Jego wszelkie prawdziwe powody do przedłużenia wizy pobytowej się wyczerpały, a nie chciał „kombinować”. Pojechał do Wietnamu kilka miesięcy temu, jeszcze zanim wiza pobytowa straciła ważność. Mieszka w Ho Chi Minh City i podobno pisze dalej po polsku i po angielsku o perfumach i modach dla tego samego czasopisma formatu A4. Nic się nie stało, świat się nie zawalił, Polska też. Jednak uważam, że Warszawa, cała Polska jest uboższa o niego, informatyka, zarabiającego na życie tańcem i pisaniem, po polsku.

Cudzoziemiec, nie imigrant

Czy mój znajomy dziennikarz wróci do Polski? Całkiem możliwe, ale w sensie administracyjnym będzie musiał zacząć od początku. Od jego wyjazdu minęło już ponad 3 miesiące, całe jego 19 lat pobytu w Polsce nie będzie się liczyło, nie znaczy nic. W oczach urzędników i zgodnie z obecnym stanem prawnym będzie cudzoziemcem, który chce zostać i pracować w Polsce. A to przede wszystkim bardzo trudne i kosztowne!

Nie wiem, czy w przeszłości w Polsce Ludowej była uchwalona jakaś ustawa legalizująca pobyt cudzoziemców. Raczej nie było. W historii najnowszej takie ustawy zwane skrótowo i potocznie abolicją były. Jedna z 2003 roku, pozwalała cudzoziemcom w ciągu trzech miesięcy złożyć wniosek legalizujący pobyt. Druga uchwalona w 2007 roku obowiązywała przez sześć miesięcy, do 20 stycznia 2008 roku. W Warszawie, w obydwu przypadkach, kiedy obowiązywała abolicja przed urzędem wojewódzkim, gdzie cudzoziemcy załatwiają formalności związane ze swoim pobytem ustawiały się gigantyczne kolejki. Czyżby urząd nie był przygotowany na ustawę?

 
 Kolejka do urzędu w Warszawie, Zająłem miejscem około 6. godz., dwie godziny przed otwarciem, ale i tak nic nie załatwiłem w tym dniu. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Ale problemem nie była długa kolejka przed urzędem, w nocy i na mrozie (urzędnicy nie życzyli sobie, aby kolejka stała wewnątrz budynku). Problemem były warunki, które trzeba było spełnić, aby zalegalizować swój pobyt. Problemem także było i jest to, że nieliczni, którzy uzyskali czy uzyskają legalny pobyt, mieli i będą mieli trudności z utrzymaniem tej legalności. Albowiem po dziesięciu lat zamieszkiwaniu w Polsce, jeśli dostaną legalizacje swojego pobytu to po roku muszą ubiegać się o dalsze legalny pobyt tak jak zwykli cudzoziemcy, czyli według ustawy o cudzoziemcach ich praca zawodowa nie może zagrozić rynek pracy Polakom albo firma założona przez nich musi wnosić znaczący wkład w gospodarkę Polski. Jak pisałem wcześniej, legalność pobytu w Polsce jest bardzo kosztowna. Więc zdarza się dość często wtórna nielegalność imigrantów. Oznacza to, że imigranci legalni nie byli w stanie utrzymać tej legalność i stracili ją. Podjąć legalną pracę mogą tylko ci, którzy mają legalny pobyt, ale trudno ubiegać się o legalny pobyt bez legalnej pracy.

Przepisy ustawy abolicyjnej oraz prawa pracy

Dwie ustawy abolicyjne dotyczyły cudzoziemców, którzy przebywali w Polsce nieprzerwanie co najmniej od 31 grudnia 1996 r., potrafili udowodnić, że mają gdzie mieszkać, że dysponują ilością środków finansowych wystarczającą na rok życia w Polsce oraz na ubezpieczenie zdrowotne i/lub że mają przyrzeczenie wydania zezwolenia na pracę wydane przez wojewódzki urząd pracy. Dopiero wtedy cudzoziemcy mogli ubiegać się o legalizację pobytu na czas oznaczony tj. na okres roku. Załóżmy, że dostali zgodę na legalny tymczasowy pobyt. Co dzieje się po roku legalnego pobytu? Otóż zostają traktowani jak zwykli cudzoziemcy tzn. jak każdy inny obcokrajowiec, który po raz pierwszy przyjeżdża z zagranicy i chce mieszkać i pracować w Polsce. Bez żadnych ulg i ułatwień. Więc po pięcioletnim (ustawa z 2003 r.), a nawet dziesięcioletnim (ustawa z 2007 r.) pobycie w Polsce cudzoziemiec jest nadal obcokrajowcem, nie zaś żadnym tam imigrantem! A moim zdaniem są to imigranci, którzy powinni mieć już ułatwiony dostęp do pracy i do życia w Polsce.

Ktoś powie, że w ten sposób zachęcamy do nielegalnej imigracji. Sądzę jednak, że uszczelnienie granic i zapobieganie nielegalnej imigracji nie są sprzeczne z ideą udzielania imigrantom pomocy przez władzę, nie są sprzeczne z polityką ułatwiania życia imigrantom którzy znajdują się już na terenie kraju. Te dwie sprawy można i trzeba pogodzić. Dla korzyści imigrantów i państwa polskiego.

Wróćmy do warunków legalizacji pobytu. Pierwszy warunek dotyczy miejsca zamieszkania. Z pozoru jest bardzo prosty do spełnienia, przecież Wietnamczycy nie mieszkają pod mostem. Jednak aby udowodnić, że cudzoziemiec ma gdzie mieszkać, nie wystarczy przedłożyć w urzędzie oryginału umowy najmu mieszkania. Urzędnicy warszawscy kazali np. cudzoziemcom okazać oryginał aktu własności lokalu (od właściciela). Rzecz niby prosta, ale czy Polacy chętnie wynajmują mieszkania oficjalnie? Czy chcą podpisać umowę, która będzie wykorzystana w urzędzie do spraw cudzoziemców (choć to nie to samo co urząd skarbowy!). Czy Polacy chcą pożyczać cudzoziemcom notarialne akty własności mieszkania do pokazania w urzędzie? Tylko nieliczni. Mi osobiście nie udało się przekonać w imieniu rodaków żadnego właściciela do podpisania umowy najmu i do pożyczenia aktu notarialnego. Polacy, co najmniej warszawiacy, niechętnie oficjalnie wynajmują i meldują w swoich mieszkaniach lokatorów, czy to Polaków, czy to cudzoziemców.

 Ustawa o cudzoziemcach z dnia 13 czerwca 2003 roku, rodział 4, art. 53. pozycja 1. Zezwolenia na zamieszkania na czas oznaczony udziela się cudzoziemcowi, który 1) posiada przyrzeczenie lub przedłużenie przyrzeczenia wydania zezwolenia na pracę albo pisemne oświadzczenie pracodawcy o zamiarze powierzenia cudzoziemcowi wykonania pracy, jeżeli zezwolenie na pracę nie jest wymagane, 2) prowadzi działalność gospodarczą na podstawie przepisów obowiązujących w tym zakresie w Rzeczypospolitej Polskiej, korzystna dla gospodarki narodowej, a w szczególności przyczyniającą się do wzrostu inwestycji, transferu technologii, wprowadzenie korzystnych innowacji lub tworzenia nowych miejsc pracy,
 -Dz. U. 2003 Nr 128 poz. 1175


Mając legalny pobyt tymczasowy, cudzoziemiec ma kilka miesięcy na załatwienie mnóstwa trudnych formalności np. uzyskanie pozwolenia na pracę i zgody na nią (dwuetapowa procedura w urzędzie pracy), uzyskanie meldunku (tylko właściciel mieszkania może go zameldować i musi to robić kilka razy, kiedy cudzoziemiec dostaje krótką wizę i kiedy dostanie decyzję na dłuższy pobyt). Cudzoziemiec nie dostaje pozwolenia na każdą pracę. Tylko na tę, do której pracodawca nie znalazł chętnych wśród Polaków. Z kolei cudzoziemiec nie może podjąć byle jakiej pracy, bowiem jeśli wynagrodzenie jest za niskie, urzędnik może nie przedłużyć pozwolenia na pobyt!

Cudzoziemiec może zawsze założyć własną firmę np. spółkę z o.o. i albo zatrudnić się w niej na wysokim stanowisku, albo czerpać zyski z jej działalności. Może, ale to jeszcze kosztowniejsza zabawa, nie mówiąc o trudnościach i formalnościach związanych z zakładaniem własnego biznesu i jego prowadzeniem. A urzędnik i tak może uznać, że firma należąca do cudzoziemca nie daje znaczącego wkładu do gospodarki Polski. Nie przynosi żadnych znaczących korzyści, nie wnosi wysokich technologii, nowych rozwiązań i myśli naukowo-technicznych do tejże rzeczywistości! Imigrancie! Przyznaj się, że jesteś najzwyczajniejszym zjadaczem ryżu, kukurydzy, kuskusów i makaronu! (Razem wzięte lub każdy z osobna!).

 
 Imigrancie! Przyznaj się, że jesteś najzwyczajniejszym zjadaczem ryżu, kukurydzy, kuskusów i makaronu! (Razem wzięte lub każdy z osobna!). Ảnh: Ngô Đăng Quang

W procedurze rozpatrywania wniosków o legalizację pobytu cudzoziemcy są przesłuchiwani w urzędzie. Nic nadzwyczajnego, normalna rzecz, nikt nie jest przeciwny temu. Ale moim zdaniem zabrakło w tych przesłuchaniach miejsca na wywiad szczegółowy lub ankietę (może być anonimowa) o woli i możliwości podjęcia pracy. We wnioskach brakuje pytań takich jak: jeśli miałbyś możliwość przekwalifikowania się, jakiego zawodu chciałbyś się uczyć? Czy byłbyś chętny uczestniczyć w zorganizowanym bezpłatnym (albo płatnym) kursie nowego zawodu? Jeśli tak, to jakiego zawodu? Owszem ta ankieta z tym zestawem lub innych pytań miałaby sens gdyby cudzoziemcy mieliby możliwości uczestniczenia w kursach zawodowych, nauki lub adaptacji nowych zawodów. Dwa wiersze, które znajdują się teraz we wnioskach o zawodzie wyuczonym i wykonywanym są zbyt ogólne, formalne i mało znaczące dla imigranta, który znajduje się przecież w nowych realiach, w nowej rzeczywistości, w nowych warunkach życia i pracy!

CDN

*****
Tekst został wydrukowany w ksiazce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008

Piersza część: Wprowadzenie: T jak Tymczasowość.
Wszystkie wcześniejsze wpisy blogu mozna tutaj poczytać

T jak Tymczasowość. Część I

W pierwszych słowach mego wpisu muszę napisać, że prowizorki w Polsce bywają wieczne. Weźmiemy przykład Stadionu Dziesięciolecia. Moja koleżanka, Joanna Warsza robiła pięć razy finisażu Stadionu i nie mogła zrobić! Dokończy i zakończy zapewne mężczyzna, minister Sportu. Przy pomocy Red Bull pan minister da znowu Stadionu Dziesięciolecia skrzydła! Zapewne, aby wyleciał!

Nie pisałbym o tym, gdyby nie mój udział w tych
finisażach i gdyby nie prowizorki wietnamskie w Polsce! Prowizoryczne bary, prowizoryczna pagoda, prowizoryczne życie w Polsce, które trwa niekiedy 15- 20 lat. Dlatego powstał tekst pod tytułem „Tymczasowa praca, tymczasowy pobyt – Tymczasowość życia w Polsce”. Na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. I za realizację tego zamówienia dostałem ładną parę złotych (nie chciałem pisać: parę ładnych...), więc nie dziwcie się, że na końcu poniższego, własnego tekstu wstawię znak copyright-a na rzecz obcych mi ludzi i instytucji!


Egzotyczna uroda

W dobie Internetu o strony poświęcone urodzie i pięknym dziewczynom nie trudno. I ja nie przypadkowo trafiłem na
Centrum Modelek.

Jak sama nazwa wskazuje, jest to strona modelek, a ściślej agencji modelek o dość bogatej ofercie. Jak na każdej typowej stronie prezentującej wdzięki modelek, nie brakuje na niej cyfr określających wymiary pięknych pań: miejscowość:
Warszawa (mazowieckie), wiek: 21, biust: 81 cm, talia: 62 cm, biodra: 86 cm, waga: 45 kg, wzrost: 159 cm, kolor włosów: czarny*.

Wycieram oczy ze zdumienia, czy to są wymiary modelki? Czytam jeszcze raz: wzrost 159 cm, waga 45 kg, czarno na białym! Niemniej oczekiwania wobec przyszłej pracy nie są skromne:
oczekiwane propozycje: hostessa, moda, bielizna, nagość zakryta.
Przechodzę do rubryki doświadczenie. Niejedna modelka marzyłaby o takim portfolio i takim dorobku na swoim koncie.

Brałam udział w wielu sesjach zdjęciowych m.in. kalendarz, bodypainting, okładka płyty, reklamy różnych produktów, zdjęcia 3D... Fotomodeling to głównie moje h